poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział 22- Beksa.


Rozdział miałki, spóźniony... Mam nadzieję, że mimo tego się Wam spodoba. Zapraszam :) 
*
Zanim zdążyła się zorientować minął miesiąc. Był to okres pełen spotkań przy kawie, śmiechów i ciągłej nauki. Spodobała jej się fotografia, nawet bardziej niż myślała. Zaczęła oszczędzać na nowszy, porządniejszy aparat, który polecił jej nikt inny tylko jej nowy „profesor”.
Shannon Leto jako nauczyciel był hmm... Wyjątkowy. Przez cały okres trwania kursu (który niestety, zbliżał się ku końcowi) rozmawiała z nim więcej niż kiedykolwiek z jego bratem, o którym wciąż myślała jak już leżała w łóżku i starała się zasnąć.
Rano, przed wypiciem kawy gościł się w jej głowie i nie wychodził z niej przez cały dzień, a w nocy działał w niej nawet intensywniej. Parę razy walczyła z odruchem zadzwonienia do niego, wyjaśnienia tego wszystkiego i wrócenia do „normalności”. Zaśmiała się cicho na sam pomysł, ze ich relacje kiedykolwiek były normalne. Wszystko kręciło się wokół jej śpiączki i tego jak wielką litość okazywał jej byciem z nią przez te parę chwil. Wiedziała, że tak naprawdę jej nie kochał, nic do niej nie czuł. Niestety, nie wiedziała jak bardzo się myliła.
****
Odetchnął głęboko, może nawet zbyt głęboko. W płucach poczuł to denerwujące ukłucie towarzyszące mu coraz częściej. Podniósł się z łóżka na parę centymetrów, ale po chwili opadł na nie z tą samą bezradnością wypisaną na twarzy, co codziennie. Miał już po dziurki w nosie swojego obecnego trybu życia. Chciał wrócić do tego co było wcześniej, chciał móc dotknąć jej pięknych, kruczoczarnych włosów. Pogładzić jej dłoń i spojrzeć w oczy, o których śnił do tej pory.
Odwrócił się na drugi bok, co wywołało kolejny atak bólu. Nie pokazał tego po sobie nie licząc cichego syknięcia, które wydostało się spomiędzy jego zaciśniętych warg. Było z nim coraz gorzej. Nie tylko w sensie fizycznym, psychika zaczynała siadać i niektórzy zaczęli to zauważać. Uspokoił oddech i podniósł się na tyle, na ile pozwalał mu jego organizm. Przetarł zmęczone, podkrążone oczy i poprawił mocno rozczochrane włosy. Wstał z łóżka, a swoje kroki skierował do łazienki.
Spojrzał w lustro i się przeraził. Nie tak jak te wszystkie rozwydrzone dziewczynki piszące na prawo i lewo jak bardzo są niezadowolone z własnego wyglądu, nie. Jego teraźniejsze odbicie nie przypominało nic z poprzedniego, pełnego wigoru i chęci do życia. Wyglądał jak wrak człowieka zostawiony na brzegu bezludnej wyspy i zapomniany na wieki wieków. Przemył twarz, ale wiele to nie zdziałało i przed sobą miał starego człowieka, który zapomniał co to szczęście. No cóż, przynajmniej ona o tym pamiętała.
****
Dzisiaj kolejny raz z rzędu spotykała się z Shannonem. Umówili się na popołudniową kawę, ale jak zwykle skończy się to lampką wina u niej w domu. O dziwo, po tylu spotkaniach i lekkim zaprzyjaźnieniu się ani razu nie zaprosił jej do siebie. Nie żeby jej na tym zależało, ale wydawało się to być co najmniej podejrzane. Pierwszą myślą dlaczego tak robi było to, że może ma dziewczynę, współlokatora. Potem już przestała się nad tym zastanawiać, bo większe zainteresowanie wzbudzał sam Shann, niż to z kim tam sobie pomieszkuje.
Właśnie skończyła zajęcia dobre trzy godziny wcześniej niż powinna. Postanowiła wrócić do domu i przebrać się w coś bardziej stosownego na towarzyskie spotkanie. A mianowicie nie chciała się przed nim zaprezentować w przepoconej bluzce i luźnych, podartych spodniach.
Otworzyła drzwi do mieszkania i pierwszym co ją uderzyło był ten przyjemny, domowy zapach. Jego źródłem okazała się zostawiona paląca się świeczka, której z własnej głupoty nie zgasiła. Na szczęście nic się nie zajęło ogniem od tej jakże morderczej świeczki.
Zauważyła, że ostatnio stała się coraz bardziej roztrzepana i rozkojarzona. Wiedziała, że to z pewnością przez Jareda i jej tęsknotę za nim. Przynajmniej chciał to sobie wmawiać. Nie było też tak, ze kompletnie przestał zaprzątać jej głowę, bo sprawa prezentowała się zupełnie odwrotnie. Wywoływało to u niej ból i jakiś rodzaj cierpienia, ale całe jej życie nie składało się na niego, który z pewnością od momentu „rozstania” miał miliony, jak nie więcej dziewczyn na pocieszenie. Niestety, jej teoria kłóciła się z wersją Shannona, która powinna mieć w sobie choć odrobinę prawdy jeśli mężczyzna chciał zdobyć jej zaufanie.
Odrzuciła od siebie wszystkie czarne myśli i skupiła się na doborze stroju, co było ostatnio jej ulubionym zajęciem. Dzięki temu, że po mieście poruszała się pieszo i była w ciągłym pośpiechu, jej nogi z bezkształtnych klocków zmieniły się w coś na co dało się patrzeć.
Jako, że pogoda sprzyjała wychodzeniu z domu zdecydowała się na krótkie spodenki, w które wpuściła luźniejszą koszulkę z ulubionym zespołem. Nie wyglądała może zbyt elegancko, ale nie wybierała się na żadną randkę tylko przyjacielskie spotkanie z osobą, która na dodatek ją uczyła.
Z boku sytuacja mogła wydawać się podejrzana. Jak to, dziewczyna spotyka się z własnym profesorem? Przepraszam, żadnym profesorem tylko chwilowym prowadzącym kursu. Uwaga, bo to robi jakąkolwiek różnice dla kogoś, kto jest tak zacofany umysłowo, że każde spotkanie poza uczelnią wydaje się być dla niego seks schadzką.
Widziała te wszystkie krzywe spojrzenia rzucane w jej stronę jak tylko zażartowała z czegoś z Shannonem po wykładach. Każda dziewczyna w jej grupie nie wiedzieć czemu ( raczej bardzo świadomie i umyślnie ) właśnie na te zajęcia przychodziła odpicowana bardziej niż na spotkanie z królową Anglii. Śmieszyło ją to, nawet bardzo, bo wiedziała, że Shannon swoje uczucia już dawno ulokował w jednej osobie, o której nie chciał za wiele opowiadać. Nie wnikała, to nie była jej sprawa.
Liczyło się tylko to, że mimo wcześniejszych zawirowań między nimi teraz mieli zdrowy, normalny kontakt jak dobrzy znajomi. Śmiali się z tych samych żartów i mogli godzinami dyskutować o filmie, który wspólnie obejrzeli. Mogli porozmawiać o wszystkim. No może prawie wszystkim. Był pewien temat, którego nie poruszyli od ich pierwszego spotkania w kawiarni naprzeciwko uczelni. Jared. Za bardzo ją to krępowało, aby rozmawiać z nim o jego bracie, nie, to byłby kompletny niewypał.
****
Zrezygnowany opuścił tymczasowe mieszkanie i odetchnął pełen żalu. Miał go zdecydowanie dosyć, ten człowiek wyrabiał co mu się żywnie podobało i nie brał pod uwagę jego rad. Bo po co?
Zdenerwowany oraz wyprowadzony z i tak zachwianej równowagi. Tak się wtedy czuł. Nie miał pojęcia jak do niego przemówić, przecież wszystko szło tak jak sobie założyli i już niedługo mogłoby być dobrze. Ale jak zawsze szanowny pan i władca musi mieć swoje, odmienne zdanie, którego nie idzie zmienić. Najchętniej nie wróciłby już do domu i zostawił to wszystko w cholerę, ale nie mógł. Nie, że mu zabroniono, nie. To jego piekielne poczucie obowiązku kazało mu zostać tutaj i pilnować tego idioty. Dla jego dobra.
Jedyne na co mógł sobie teraz pozwolić to papieros. Nałóg, który skrzętnie ukrywał przed innymi. Wiedział co by się działo, gdyby tylko media się dowiedziały o jego paskudnym zwyczaju. Zaśmiał się cicho, bo zauważył, że już zachowuje się jak przestępca, który nie chce zostać przyłapany na gorącym uczynku.
-Oj Shanny, robisz się na to za stary...
****
Podjechał pod jej kamienicę, a ona stała już przed nią. Musiał przyznać, wyglądała fantastycznie biorąc pod uwagę, że miała na sobie zwyczajne, stare spodenki i koszulkę, która rozmiarem pasowałaby na niego. Uśmiechnął się na jej widok,a ona to odwzajemniła wsiadając do jego auta. Nie miał konkretnego planu gdzie zamierza ją zabrać, ale wiedział, że czas spędzony w towarzystwie tej oto dziewczyny nie będzie stracony. Postanowił zawieźć ją do ich ulubionej ostatnio kawiarni, a potem zastanowią się co dalej.
****
Uśmiechnięci, roześmiani. Tak określiłby ich pierwszy lepszy człowiek, który spotkał by tą dwójkę na ulicy. Może nawet uzyskali by miano szczęśliwych, zakochanych. Niestety wyglądali tak tylko z zewnątrz. W środku każdy z nich był zraniony, zagubiony. I to na domiar złego każdy z podobnego powodu. Miłości.
Mówią, że miłość uskrzydla, pozwala żyć pełnią sił. Nie zawsze się to sprawdza, nie wszystko musi iść po naszej myśli. Czasem miłość potrafi zranić bardziej niż największa nienawiść, bo tylko ona zagląda aż do środka duszy, odkrywa wszystkie sekrety, nawet te zakopane tak głęboko, że nie potrafimy ich odnaleźć. W takich chwilach nasze szczęście zależy tylko od tej drugiej osoby, która może zrobić z naszym sercem co tylko sobie wymarzy, czego zapragnie w danym momencie. Ryzykowne, lecz czym byłoby nasze życie bez adrenaliny otaczającej zewsząd, czyhającej na każdym kroku. To ona dodaje tego specyficznego uczucia, że już nigdy więcej możesz nie przeżyć danej chwili, która jest jedną na milion.
Dlatego tak bardzo warto korzystać z tego co podsuwa nam los. Ona wiedziała, że nie wykorzystała swojej szansy, czego żałowała z każdym kolejnym dniem.
****
Obiecał sobie, że na nich nie spojrzy. Nie mógł dać po sobie nic poznać. Gdyby tylko prawda wyszła na jaw mógłby mieć poważne problemy z nią, jak i z prawem. Będąc na swojej pozycji nie mógł sobie na to pozwolić. W myślach wciąż liczył do dziesięciu, aby uspokoić zszargane nerwy, ale to nie pomagało. Było mu kurewsko źle.
Czuł się zdradzony, oszukany i co najważniejsze samotny. Towarzystwo dookoła niego nie pocieszało go ani trochę. Chciał jej i tylko jej.

Żeby tylko wiedział, że ona pragnęła jego tak samo bardzo jak on jej...

poniedziałek, 26 maja 2014

Rozdział 21- I will save you from yourself...






Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko i chwilę potem dziewczyna stała przed niewielką szafą i 
planowała strój na dzisiejsze wyjście. Uśmiechnięta od ucha do ucha przeglądała ubrania i podśpiewywała słowa ulubionej piosenki chodzącej jej po głowie od samego rana. Pewnie stroiłaby się jeszcze bardziej i dłużej, ale przerwał jej dzwonek telefonu rozbrzmiewający w całym domu.
-Muszę go sobie kiedyś zmienić...- pomyślała, a z jej ust wydał się cichy pisk kiedy zauważyła kto dzwoni. Drżącymi rękoma odebrała rozmowę.
-Dzień dobry, mam przyjemność rozmowy z panią Cassie Answorth?
-Tak.- odpowiedziała cicho.
-Dzwonię z uczelni, do której pani będzie uczęszczać od jutra.- wstrzymała na chwilę oddech i czekała na dalszą część wypowiedzi.- Chciałam tylko powiedzieć, że dostała się pani na dodatkowy kurs fotografii.
-Dziękuję bardzo, od kiedy zaczynam?
-Jutro dostanie pani potrzebne dokumenty do uzupełnienia. Do widzenia.
Chciała skakać z radości, ale w tym momencie nie miała czasu na takie ekscesy. Skończyło się tylko na łzach w oczach spowodowanych tym ogromnym szczęściem, które ją spotkało. Wiedziała, że tylko nieliczni dostają się na owe zajęcia. Tylko najlepsi mieli szanse uczyć się od mistrzów, by samemu nim zostać. Ten kurs otwierał jej drogę w świat, dawał tysiące, nawet miliony możliwości.
Dzięki telefonowi dużo szybciej wybrała strój na dzisiejszą okazję. Może to przez tą ogarniającą ją zewsząd radość, albo to presja czasu. Sama tego nie wiedziała, ale czuła, że od teraz wszystko się ułoży i będzie tak, jak być powinno. Zapomni o Jaredzie, o tym jak ją skrzywdził i zapomniał o niej przy pierwszej lepszej okazji. Na samo wspomnienie o tym mężczyźnie łzy zbierały jej się pod powiekami, ale z trudem je powstrzymała.
-Stop! Nie możesz ryczeć tylko jak o nim pomyślisz, bo nigdy go nie zapomnisz...- wykrzyczała prosto w niczemu winne lustro, które lekko zaprotestowało w chwili, kiedy uderzyła w nie otwartą dłonią.Opamiętała się i po pięciu minutach stała przed drzwiami do domu i szukała do nich kluczy. Przeklinała w myślach swoje roztrzepanie i przeszukując torebkę oparła się o ścianę obok. Przymknęła oczy i odetchnęła głęboko. Gdzieś musiały być. Uspokoiła nerwy, a do jej głowy zaczęły powracać tematy, o których najlepiej by zapomniała.
Widziała obrazy tamtej nocy, przebłyski pamięci napadły na nią ze zdwojoną siłą i zaatakowały w najmniej oczekiwanym momencie. Opadła bezgłośnie na posadzkę i zamknęła twarz w dłoniach. Nie obchodziła jej już późna godzina, czy fakt, że jeszcze trochę i spóźni się na spotkanie, na które tak się cieszyła. Minęła radość z kursu fotograficznego i dotknęła jej szara rzeczywistość, w której się znajdowała.
Przyjechała tu aby spełniać marzenia, osiągać to co nie jest osiągalne, a jedyne czym się teraz zajmowała to użalanie się nad przeszłością i tym jak to ją skrzywdzono. Otarła łzę spływającą po jej pomalowanej twarzy i wróciła się do mieszkania. Postanowiła coś sobie i chciała dotrzymać tej cichej obietnicy.
-Już nigdy, przenigdy nie pomyślę o tym człowieku. Nawet gdyby stanął mi przed twarzą w tej chwili.- powiedziała pokrzepiająco, podczas gdy poprawiała niedoskonałości w makijażu.Zakluczyła drzwi i opuściła mieszkanie. Była pewna swego i silna. W tamtej chwili czuła, że nic nie jest w stanie jej złamać. Nawet TEN Jared Leto, albo szczególnie nie on.
****
Szybkimi łykami wypijał gorącą jeszcze kawę. Parzyła go delikatnie w usta, a zapach unoszący się nad nią zachęcająco łaskotał jego nozdrza. Uśmiechnął się sam do siebie i odetchnął zrelaksowany. Oparł nogi o biurko wsłuchał się w odległe głosy studentów.
Dzisiaj był jego pierwszy dzień w nowej pracy. Co prawda próbny i nie wiadomo ile tu zostanie, ale czuł się jak prawdziwy nauczyciel. Od dziecka wmawiał sobie, że jak kiedykolwiek nim zostanie to nie będzie tak wredny jak ci, co uczyli go za młodych lat.
Teraz dobrze wiedział, że tak nie będzie i jak pierwszy lepszy smarkacz podejdzie do niego z pretensjami to będzie próbował, aby go jakoś nie uszkodzić. Co w jego przypadku będzie dość trudne, ponieważ do najspokojniejszych to nie należał.
Drzwi do sali otworzyły się i powoli zaczęła się przez nie wsypywać grupka roześmianych studentów rozmawiających o egzaminach, przygodach z ostatniej nocy. Uśmiechnął się na sam ich widok. Byli tacy młodzi i niewinni. Mieli całe życie przed sobą, podczas gdy on był już na jego półmetku.
Skończył swoje wywodu i założył na nos okulary, po to, aby dodać sobie pewności oraz autorytetu. Wyciągnął aparat z plecaka i głośno odchrząknął. Nie wywołało to zbyt wielkiej reakcji, więc ponowił czynność tylko dużo głośniej. Znowu to samo.
Na szczęście jakaś dobra duszyczka w pierwszym rzędzie odwróciła się do reszty i pomogła mu w uciszeniu rozbawionej grupy. Podziękował jej wzrokiem i nieśmiałym uśmiechem. Nabrał powietrza do ust i wyrzucił z siebie zdanie, które prawie stanęło mu w gardle.
-Dzień dobry, nazywam się Shannon Leto i będę was uczył podczas tego kursu.- uspokoił nerwy. Już najgorsze było za nim. Teraz tylko wyuczona formułka na temat zasad, regulaminu i podobnych nudnych spraw. Potem zacznie się prawdziwa przyjemność; praca z aparatem.- Macie do mnie jakieś pytania na temat tego kim jestem i tak dalej? Potem nie będzie na to okazji.
****
Weszła do sali gdzie miały odbywać się zajęcia i usiadła w jednym z pierwszych rzędów. Była taka szczęśliwa oraz przepełniona pozytywną energią, że bała się, że nie usiedzi w miejscu i rozsadzi tą salę. Uśmiech nie schodził jej z twarzy dopóki nie zobaczyła kto będzie ją uczył.
Przed nią siedział nikt inny tylko ten cholerny Leto. Zawsze, ale to zawsze jak coś zaczynało się układać w jej życiu pojawiał się ktoś, kto to kompletnie zniszczy i zdepcze. Zacisnęła pięści w akcie złości i pozwoliła powietrzu opuścić jej zdenerwowane płuca. Wzrok skierowała centralnie na perkusistę i starała się ukryć targające ją emocje.
Wsłuchała się w jego słowa i musiała przyznać, że nie jest aż taki zły. Co prawda, był bratem tego idioty, ale znał się na rzeczy. Nawet nie zauważyła, kiedy rozluźniła ręce i zaczęła pochylać się w jego stronę, tak aby usłyszeć jeszcze więcej. Mogłaby tak siedzieć i słuchać godzinami, ale wybiła godzina, o której kończyły się jej zajęcia. Musiała się śpieszyć, bo następne miała na drugim końcu uczelni, ale nie omieszkała podejść do wykładowcy. Chciała zobaczyć jego reakcję.
Uśmiechnęła się szeroko i kiwnęła głową w jego stronę. Nawet z większej odległości mogła zobaczyć jak jego usta układają się w ciche „kurwa”.
-Cassie? Co ty tu robisz?- zaczął niezbyt grzecznie, ale był w takim szoku, że zapomniał o tych wszystkich uprzejmościach.
-Powinnam chyba zapytać co ty tutaj robisz?- odpowiedziała spokojnie, ale w środku była jednym, wielkim kłębkiem nerwów.
-Dostałem etat jako nauczyciel. Pomyślałem, że przyda mi się robota w przerwie między koncertami...- wypaplał akurat to, czego miał nikomu nie mówić. Mieli ogłosić takową przerwę dopiero za tydzień, a on już szasta informacjami na prawo i lewo. Brawo Shanny, jesteś większym idiotą od braciszka. Zadowolony?
-O... Czemu robicie przerwę, coś nie tak?- zaciekawiło ją to wręcz niemiłosiernie. Miała cichą nadzieję, że to przez fakt, że Jared załamał się po takim końcu ich „związku”. Niestety, wiedziała, że prawda jest zupełnie inna i z pewnością chodzi o chorobę Emmy lub kogoś z MarsCrew.
-Wiesz, to nie jest rozmowa dobra dla takiego miejsca. Może pójdziemy do kawiarni po zajęciach? Tutaj naprzeciwko jest całkiem przyjemna.- jak już szaleć to szaleć. Poszedł za ciosem i zaprosił byłą dziewczynę brata na kawę. Jak nisko musiał upaść?
****
Wybiegła z uczelni tuż po dzwonku oznaczającym koniec zajęć. Skierowała się w stronę kawiarni, w której umówiła się z nowym wykładowcą.
Jaki ten los jest parszywy... Ostatnim razem jak się spotkali na osobności nie skończyło się to za dobrze. W większości to przez ich „rozmowę” zakończył się jakże krótki, ale intensywny związek jej i Jareda. Niby minęło już trochę czasu, ale wciąż pamiętała nieobecny wzrok Shannona mówiący jak bardzo ten mężczyzna cierpi. Zrobiło jej się go nawet żal. Pomyślała, że jak złapie z nim jakąkolwiek nić porozumienia, to zapyta go co mu się w tamtym momencie stało.
Jak już skończyła obmyślać plan zaprzyjaźnienia się ze starszym z braci dotarła akurat do wspomnianej przez niego kawiarni.
Weszła do środka i pierwsze co zobaczyła, to były malutkie stoliki poustawiane jeden obok drugiego, każdy przykryty czerwonym obrusem w białą kratkę. Poczuła się przez chwilę jak u babci w domu. Pamiętała go jeszcze z beztroskich lat dzieciństwa, kiedy to biegała po babcinym sadzie pełnym jabłek i krzewów malin rosnących dookoła drzew.
W rogu pomieszczenia zauważyła perkusistę siedzącego na małym, drewnianym krzesełku. Wyglądało to dość zabawnie, biorąc pod uwagę jego posturę, która przepięknie kontrastowała z krzesłem rodem z pałacyku dla dzieci. Uśmiechnięta podeszła do niego i przywitała się zdawkowo. Jak na razie nie przyszła tu zawierać przyjaźnie. To później, teraz musiała wybadać teren.
- To czemu nie gracie? Opowiadaj.- zapytała prosto z mostu patrząc mu w oczy z lekką premedytacją.
- Widzę, że przechodzisz do sedna sprawy. Okej, jak już powiedziałem a, to czas na kolejne litery alfabetu.- uśmiechnął się delikatnie i podsunął jej pod nos zamówioną wcześniej kawę. Wzięła łyk i już wiedziała, że od teraz tylko jemu będzie powierzać wybór tego oto napoju. Smakowała jak wszystkie szczęśliwe wspomnienia zebrane w kubek i zaparzone. Westchnęła z roszkoszy i czekała na dalszą część jego wypowiedzi.- Niestety, Jared czuje się coraz gorzej. Wiem, że z pewnością nie masz ochoty słuchać zbyt wiele na jego temat. Ja na twoim miejscu też bym nie chciał, ale właśnie o niego chodzi. Przyjechał tutaj ze mną w ramach urlopu i z pewnośćią leży teraz w łóżku i rozpacza jak bardzo spieprzył.- wyrzucił z siebie na jednym tchu. Spojrzał w jej oczy szukając jakiejkolwiek dezaprobaty, albo innego sygnału, aby przestał mówić. Ale nie znalazł nic. Pustkę. Postanowił kontynuować.- Wtedy, w tym klubie widział ciebie jak wychodziłaś. Chciał się nawet za tobą rzucić, ale uznał, że wszystko jest już stracone.
-Nic nie jest jeszcze stracone...- wyszeptała sama do siebie przerażona nagłym zwrotem całej sytuacji. Ale to i tak nie było najstraszniejsze. Najbardziej przeraziła się uczucia, które odżyło w niej na nowo.

********************

Jak Wam się podobał? Zapraszam do wszelkich komentarzy i opinii. Niestety, do 4 czerwca nic się nie pojawi, więc mam nadzieję że to zaspokoi waszą ciekawość co dalej z fabułą :)
*MarsHugs*
A, i coś mi się z kolorami merda i nie mam pojęcia dlaczego tekst jest dwukolorowy :c 


czwartek, 22 maja 2014

Rozdział 20- „Proszę spójrz na mnie choć raz, by kwitnąć mógł mojego życia smak”


Specjalne podziękowania dla Igi <3

Od ostatnich wydarzeń minęły dwa tygodnie. Następnego dnia, tuż po feralnej wizycie w klubie Cassie wsiadła w pierwszy, najwcześniejszy samolot. Samego lotu nie pamiętała za dobrze. Jedyne co utkwiło jej w głowie, było uczucie kompletnego porzucenia. Czuła się zdradzona.
Oczywiście, wiedziała, że prędzej, czy później to się rozpadnie, ale nie spodziewała się tego tak prędko. Z wcześniejszych opowieści Gerarda myślała, że zastanie samotnego, opuszczonego mężczyznę. Niestety, mylił się i to bardzo co do swojego przyjaciela.
Tryskał szczęściem i energią, zachowywał się w stosunku do tamtej dziewczyny tak pewnie, jak nigdy w otoczeniu Cass.
Całą noc spędziła płacząc w kącie hotelowego łóżka. Dopiero nad ranem udało jej się przysnąć, ale niecałą godzinę potem obudziła się zlana zimnym potem, zwinięta w kłębek.
Teraz siedziała sobie w oknie nowego, prowizorycznego mieszkania na Manhattanie. Nie powalało wielkości i wyrafinowaniem, ale miała w nim podstawowe rzeczy pozwalające przeżyć takie jak lodówka czy łóżko. Podobało jej się z jednego względu; nic w nim nie przypominało jej o nim.
Wiedziała, że we własnym domu nie miałaby życia, po tym co się wydarzyło. Każda rzecz, poduszka lub okruszek na podłodze przypominał jej o jednym, konkretnym człowieku. O Jaredzie.
Nie pozwalał jej o sobie zapomnieć, był w tym cholernie dobry. Zagnieździł się w jej umyśle tak mocno, że mimo największych starań nie potrafiła się pozbyć jego dotyku, głosu oraz spojrzenia, które zawsze przeszywało ją na wskroś.
Starała się, naprawdę. Przynajmniej to sobie wmawiała.
****
Zamknęła za sobą drzwi i od razu do jej nozdrzy dotarł stęchły zapach bloku. Niestety, nie była to najprzyjemniejsza woń jaką kiedykolwiek wdychała, ale nie było jej stać na droższe mieszkanie, znajdujące się w jednej z tych bogatszych dzielnic. Musiało jej wystarczyć to, przynajmniej na jakiś czas.
Wyszła z budynku i skierowała się w stronę ulubionej kawiarni. Mieszkała tutaj tylko dwa tygodnie, ale już znalazła swoje miejsce, w którym mogła przesiadywać godzinami żywiąc się jedynie ciastkiem i kubkiem ciepłej, aromatycznej kawy. Weszła do środka i tym razem nie poczuła wszechobecnej stęchlizny, ale przyjemny zapach jej ulubionego napoju.
Zamówiła dużą latte i podeszła do stolika przy oknie. Z torby wyciągnęła komputer i zaczęła dzisiejszą pracę od sprawdzania maili. Na dobry początek zatrudniła się w agencji reklamowej jako asystentka, zaczynała dopiero od jutra, więc dzisiaj mogła zając się wysyłaniem papierów na wszelkie możliwe uczelnie.
Jak zwykle została zasypana spamem, informującym ją o ofertach powiększenia piersi oraz innych części ciała. Z miejsca odrzuciła ponad pięćdziesiąt wiadomości i weszła na stronę „jej” uczelni. Wysłała na nią papiery jeszcze z Londynu, czyli dość dawno temu. Niestety, nie dostała jeszcze żadnej odpowiedzi.
Stresował ją tek fakt niemiłosiernie, ale wiedziała, że powinna czekać jeszcze drugie tyle na jakąkolwiek wiadomość od nich. Była to bardzo prestiżowa placówka, więc tylko nieliczni dostawali odpowiedzi po miesiącu oczekiwania.
Upiła parę łyków napoju, który spokojnie parował obok jej dłoni. Był wyśmienity, zresztą jak wszystko w tym mieście. Zakochała się w nim od razu jak wylądowała samolotem na lotnisku. Ci ludzie, budynki... Wszystko wydawało się takie inne, odmienne. Ludzie zdawali się ciebie nie zauważać, każdy miał własne sprawy do załatwienia i nie zwracali uwagi na samotną, płaczącą dziewczynę na środku najtłoczniejszej ulicy. Z jednej strony było to zbawienne, ale z drugiej mogłeś się stać tak bezduszny jak oni.
Dla Cassie to było ratunkiem od przeszłości. Nikt nie dawał jej taryfy ulgowej i nie traktował jej jak poszkodowaną, niezdolną do życia dziewczynkę. Przychodziły takie momenty, że chciała wrócić, paść w jego ramiona i zapomnieć o zabawie w dorosłą. Niestety, świadomość, że nie mogła tego zrobić nawet w chwilach największego zwątpienia sprowadzała ją na ziemie i nie pozwalała wzbić się po raz kolejny do świata marzeń.
Rozmyślania przerwał jej mężczyzna, który bezczelnie usiadł naprzeciwko niej. Nie robił sobie nic z niemych protestów dziewczyny.
-Witam, mam nadzieję, że wolne.- powiedział szarmanckim głosem.
-Naprawdę, miło, że pan pyta. Jak widać wolne, zresztą i tak muszę się zbierać...- odpowiedziała mu cicho, ale stanowczo.
-Wiem, że wychodzisz tylko dlatego, że ja się przysiadłem. Codziennie siedzisz tutaj parę ładnych godzin i dzisiaj też miałaś taki zamiar. Chciałem cię poznać, porozmawiać. To wszystko.- z brzmienia jego wypowiedzi mogła usłyszeć lekką desperacje. Pochlebiało jej to, nawet bardzo, ale w jej sytuacji nic nie potrafiło jej pocieszyć.
Nie wiedziała co może mu odpowiedzieć. Rozgryzł ją, miał we wszystkim rację. Przychodziła tutaj tylko dlatego, żeby nie myśleć o Jaredzie, o tym co jej zrobił. Oczywiście, miała świadomość, że to ona wszystko zapoczątkowała i to jej wina jak to się dalej potoczyło. Ale nie kazała mu lecieć do pierwszej lepszej barowej dziewczyny i obmacywać jej w ten lubieżny sposób.
-Uznam twoje milczenie za zgodę.- uśmiechnął się do niej szeroko i upił trochę ze swojej dużej, czarnej kawy. Nie mogła nie odpowiedzieć mu tym samym, nie wiedziała nawet dlaczego.
-Proszę, siadaj. Niestety nie jestem zbyt rozmowna, więc nie zabawię ciebie rozmową.- odpowiedziała mu zdawkowo i wróciła do przeglądania poczty.
-Dobrze się składa, przynajmniej będę mógł się komuś wygadać i nie będzie mi przerywał.- powiedział tak pewny siebie, jak nikt inny.
****
Przez ten czas Cassie wysłuchała jak układa się jego życie towarzyskie, jakie ma problemy z rodzicami i, że nie wie na jakie iść studia. Uśmiechała się pokrzepiająco i potakiwała wtedy, kiedy tego od niej wymagał. Wiedziała, że nie postępuje zbyt elegancko, ale szczerze miała to już w nosie. W pewnym momencie zauważyła jak chłopak wstaje i wychodzi.
-Przynajmniej nie musisz już go słuchać...- mruknęła w myślach i wyjrzała przez okno.
Cudownie, deszcz lał ciężkimi strugami i rozbijał się w miliony małych kropelek, jak tylko jej dotykał. Wyglądało to tak... Romantycznie. Przypominało jej to ten pseudo związek z Jaredem. Byli silni jakio jedność, złączeni ze sobą, ale tylko jak jakaś przeszkoda się pojawiła to rozpadli się na milion małych kawałeczków i żadne z nich nie potrafiło się pozbierać.
Zaśmiała się cicho na samą myśl jak poetycko nazwała to co się między ją a nim działo. Normalnie wywołałoby to u niej wodospad łez, ale dzisiaj miała dobry humor. Może to przez chłopaka, który wydawał się mieć nawet więcej problemów niż ona, co w jej teraźniejszej sytuacji było istnym ewenementem.
Postanowiła opuścić swój jedyny zakątek spokoju i udać się na uczelnie, może znajdzie jakieś nowe ulotki, albo zapisze się na dodatkowe kursy. Jak na taką pogodę wydawało się to być najlepszym rozwiązaniem. Zamknęła laptopa i spakowała go do dużej, oczywiście czarnej torby. Już by wychodziła z kawiarni, ale pod komputerem zobaczyła małą, białą kartkę. Jej ciekawska natura nie pozwoliła zostawić notki w spokoju i po chwili trzymała ją w dłoniach oraz starała się rozszyfrować co na niej jest napisane.
„Wiem, że mnie nie słuchałaś. Jakbyś chciała się spotkać to dzwoń...”
Na drugiej stronie był umieszczony numer telefonu. Mimowolnie uśmiechnęła się i zapisała go w pamięci telefonu. Chłopakowi należą się jakieś wyjaśnienia, a kto wie, czy to nie przerodzi się w prawdziwy, normalny związek.
W świetnym nastroju poszła poszukać tych kursów. Po raz pierwszy od dawna czuła się dobrze.
****
-Kurwa!- krzyknął na tyle głośno, że zwrócił na siebie uwagę pozostałych. Nie potrafił się pohamować, podczas gdy gorąca kawa wypadła mu z rąk i wylądowała wprost na kolanach.
W duchu modlił się, żeby dziewczyna nie wyjrzała przez okno, bo trudno nie zauważyć mężczyzny z wielką brązową plamą na białych spodniach. No cóż, wyglądało to dość dwuznacznie.
Szybko przetarł dolną część garderoby i wrócił do obserwowania czarnowłosej. Codziennie przychodziła tutaj, sprawdzała maile i piła ten sam rodzaj kawy.
Denerwowało go tylko to, że dzisiaj nie była sama. Przysiadł się do niej jakiś wyrostek, chłopak, na którego normalnie nie zwróciłaby uwagi.
Mimo nagłego wypadku zrobił parę zdjęć i pozostał na swoim miejscu. Nie chciał wzbudzać żadnych podejrzeń, ba, to było ostatnie czego w tej chwili pragnął...
****
Opuściła wysoki, potężny budynek uczelni i udała się w stronę domu. Było dość wcześnie, więc postanowiła przejść się dłuższą drogą przez park.
Podziwiała kwiaty, klomby i drzewa znajdujące się dookoła niej. Po deszczu wszystko wydawało się świeższe i pachniało tak wspaniale, że Cassie miała ochotę tam zamieszkać. Ze słuchawek w jej uszach popłynęła cicha i spokojna muzyka. Mimowolnie zaczęła podśpiewywać i nawet tańczyć. Czuła się rzeczywiście szczęśliwa. Tak, jakby wszystko miało się ułożyć i nie myślała już o Jaredzie, o tym co jej zrobił i jaką krzywdę jej wyrządził. Była wolną kobietą w mieście, w którym wielu spełniło swoje najskrytsze marzenia i ona była jedną z nich. Od jutra zaczynała naukę na bardzo prestiżowej uczelni i wreszcie czuła, że robi to co właściwe. Uśmiechała się do przechodniów i machała do skonsternowanych jej zachowaniem starszych pań.
W efekcie tego całego szczęścia wyciągnęła telefon z kieszeni i napisała szybkiego smsa.

„Masz czas dziś wieczorem? To ja, dziewczyna z kawiarni.”

sobota, 10 maja 2014

Rozdział 19- Trudno nie wierzyć w nic.



Nie miała pojęcia ile czasu upłynęło od wyjścia z areny. Wydawało jej się, że biegła dużo dłużej niż pozwalałyby jej na to siły. Zadyszana oparła się o jakiś przypadkowy murek i odetchnęła. Niestety, nie robiła tego z ulgi. Bardziej ze smutku, niewiedzy, która otaczała ją jak czarny płaszcz pozbawiający powietrza. Kolejny raz w tak krótkim odstępie czasu nie miała pojęcia co dalej zrobić.
Podobał jej się Jared. Doceniała jego starania, których dołożył aby miała pracę. Wiedziała, że po części robi to tylko dlatego, że jest mu jej szkoda. Nie była ani w jego typie, ani w wieku. Z logicznego punktu widzenia ich związek nie miał racji bytu.
Pochodzili z różnych sfer, a ich zainteresowania były zupełnie inne. Połączył ich przypadek i równie dobrze przypadek może ich też rozdzielić. Nie wiedziała czy stanie się to za miesiąc czy rok, ale wiedziała, że to nie jest mężczyzna dla niej. Tylko dlaczego ją tak bardzo do niego ciągnęło?
Może to te oczy, idealnie zbudowane ciało, czy charakter, wrodzona dobroć.  Coś w nim zaczarowało ją tak, że mimo sceptycznego podejścia coraz bardziej pragnęła jego dotyku. Chciała czuć ten ciepły, miarowy oddech na swojej szyi, móc całować usta, z których na co dzień wydobywał się nieziemski głos.
Miała mętlik w głowie. Z jednej strony chciała tam wrócić i rzucić mu się w ramiona, nie myśleć o niczym innym niż on. Niestety, z drugiej miała ochotę wyjechać, uciec daleko i nigdy nie wracać do tego, co czekało na nią za rogiem.
Spojrzała na ekran telefonu i przerażona zauważyła, że jest już grubo po trzeciej w nocy. Skierowała swoje kroki do domu, bo podjęła już decyzję. Nie wiedziała, czy dobrą, ale ważne, że dokonała tego wyboru.
****
Ze zdziwieniem zauważyła, że drzwi do domu są otwarte. Nacisnęła na klamkę, która nie stawiając żadnego oporu dała jej dostęp do środka budynku.  Zapalone światła skierowały ją do kuchni, w której napotkała zaniepokojoną rodzicielkę. Serce podskoczyło jej do gardła, a żołądek poszedł w jego ślady.
- Widzę, że wróciłaś wcześniej. Jak było?- zagaiła.
- O… Pojawiłaś się łaskawie w domu. Jaki jest powód?- wściekłość kipiała z niej tak, że Cassie miała wrażenie, że zaraz wyleje się na podłogę.- Nie, że siedzę tu nerwowo od paru godzin i zastanawiam się co się z tobą dzieje!- te ostatnie zdanie wykrzyczała.
- Wyprowadzam się. – rzuciła krótko i pobiegła do swojego pokoju. Po omacku zaczęła wrzucać rzeczy do pokaźnych rozmiarów walizki. Tą noc miała zamiar spędzić w hotelu, a potem planowała złapać pierwszy lepszy samolot do Nowego Jorku. Miała tam więcej możliwości niż tutaj z nadopiekuńczą mamą nad głową.
Tak jak się domyślała, po chwili rodzicielka dołączyła do niej.
- Co ty sobie myślisz? Niedawno wyszłaś ze szpitala! Jak sobie poradzisz beze mnie?- zasypywała ją pytaniami gorzej niż z karabinu maszynowego.
- Mamo, wszystko przemyślałam. Wyjeżdżam na studia. Do Ameryki. Powinnaś uszanować moją decyzję, jestem już pełnoletnia. Kocham cię, odezwę się jak tylko będę mogła.- powiedziała na jednym tchu i przelotnie pocałowała ją w policzek.
W tamtej chwili, po raz pierwszy od dawna wiedziała, że robi właściwie.
****
Odetchnęła rześkim, nocnym powietrzem Londynu. Wiedziała, że po raz ostatni ( przynajmniej na jakiś czas ) ma okazje je wdychać. Nie planowała szybkiego powrotu, może pojedyncze odwiedziny parę razy do roku. Chciała ukończyć studia na uniwersytecie w Nowym Jorku, skończyć tą prestiżową szkołę i spełnić największe marzenia, których nawet śpiączka jej nie odebrała.
Postanowiła oszczędzić pieniądze, które wydałaby na taksówkę i przejść się do pobliskiego hotelu. Szukała takiego, z którego mogłaby zarezerwować sobie przelot samolotem. Była pełna determinacji i chęci do działania. Miała tylko cichą nadzieję, że Jared tak łatwo jej sobie nie odpuści i odwiedzi ją chociaż raz. Wiedziała, że to ona była tą co odchodzi i zostawia wszystko za sobą, ale słabość do niebieskookiego nie pozwalała jej myśleć inaczej.
Zatrzymała się przy pierwszym lepszym hoteliku, napotkanym po drodze. Wyglądał na jeden z tych „porządniejszych”. Weszła do środka i pierwsze co napotkała, to były dość spore palemki stojące po obu stronach od wejścia. Przytłaczało ją wszechobecne złoto i przepych napadający na nią z każdego boku.
Podeszła do recepcji i zarezerwowała sobie pierwszy wolny pokój na liście. Znajdował się na pierwszym piętrze, co oznaczało, że nie było potrzeby tachania walizki po wszystkich kondygnacjach budynku. Z uśmiechem na twarzy odebrała klucz i po chwili stała przed drzwiami jej tymczasowego miejsca pobytu.
Otworzyła drzwi za pomocą elektronicznej karty i już znajdowała się w całkiem  przytulnym przedsionku. Pomieszczenie było małe, ale można było wyczuć ciepło bijące od jego ścian.
Wnętrze było utrzymane w brązowych i kremowych odcieniach. Na środku głównego pomieszczenia, które było sypialnią, stało wielkie, małżeńskie łóżko otoczone baldachimem. Naprzeciwko, znajdowały się duże, przezroczyste drzwi prowadzące na balkon. Otworzyła je, bo potrzebowała poczuć chłodne, nocne powietrze na jej zmęczonym ciele. Odetchnęła z ulgą, ale można było wyczuć w tym odrobinę smutku.
Z jednej strony cieszyła się z tego, że wreszcie coś z sobą zrobiła, poszła o krok dalej w spełnianiu własnych marzeń. Niestety, z drugiej żałowała podjęcia najbardziej krzywdzącej decyzji w całym jej życiu. Zostawiała trudną przeszłość, rodzinę i Jego.
Teraz już dobrze wiedziała, że nie ma to większego sensu, że nie potrzebne są jej kolejne zawody sercowe, że już wystarczy jej bólu związanego ze związkami. Chciała uniknąć takich sytuacji, jakie miały miejsce trzy lata temu.
Rozejrzała się po swoim ukochanym, rodzinnym mieście i jedyne co miała w głowie, to wydarzenia z ostatnich tygodni. Wreszcie poczuła, że żyje. Nikt nie wspominał o śpiączce, o tym, że nie jest jeszcze do końca przystosowana do funkcjonowania w społeczeństwie. Przy nim czuła się… Prawdziwa. Nie musiała udawać tak jak przed mamą i lekarzami, że wszystko jest w porządku i nie musi być  pod stałą opieką psychiatryczną. Dawał jej tyle nadziei. Swoją ciężką pracą, determinacją pokazał jej, że warto się starać, że warto żyć, a nie tylko cicho istnieć.
Nie bolało jej to, że widziała w nim tyle wątpliwości co do jej osoby. Wiedziała na co się porywa oraz to, że nikt nie będzie w stanie funkcjonować przy niej w stu procentach normalnie. Była mu tylko wdzięczna, że nie wspominał o tym za często.
Wróciła do pokoju, ponieważ zaczynało jej się robić zimno. Podeszła do walizki i z najmniejszej kieszeni wyciągnęła wyłączony jeszcze, telefon komórkowy. Uruchomiła urządzenie i pierwszym co jej  wyskoczyło, to były nieodebrane połączenia od Jareda. Jak widać jednak nie odpuścił sobie jej do końca. Wciąż liczyła, aby jakimś cudem znalazł się pod drzwiami jej pokoju hotelowego i wybił jej z głowy wyjazd. Niestety, nic takiego nie miało miejsca i raczej mieć nie będzie.
Zrezygnowana opadła na łóżko i przymknęła oczy. W głowie miała największy mętlik od czasu kiedy wybudziła się ze śpiączki. Przewróciła się na drugi bok, tak żeby móc obserwować nocne niebo. Było ciemne wręcz czarne, lekko usiane białymi gwiazdkami dającymi odrobinę światła. Uśmiechnęła się na samą myśl o tym, że właśnie w taką samą noc poznała Jay’a.
Zapewne rozmyślałaby nad tym jak bardzo za nim tęskni i byłaby w stanie cofnąć się pod arenę i modlić się o to, że jeszcze jej nie opuścili. Niestety, przerwało jej nieustające pukanie do drzwi. Wstała niechętnie i już chciała odprawiać tego kogoś, kiedy  postanowiła sprawdzić kto to.
Wyjrzała przez wizjer i jedyne co ujrzała to ciemną postać w kapturze zasłaniającym jej całą twarz. Przestraszona otworzyła drzwi i zaskoczona zobaczyła jak  mężczyzna wchodzi do jej pokoju.
- Przepraszam bardzo, ale chyba się pan pomylił.- zaczęła dość agresywnie, ale zaniemówiła. Postać ściągnęła kaptur i wreszcie mogła go rozpoznać.- Gerard? Co ty tutaj robisz?
- Widziałem jak wchodzisz do hotelu, w którym akurat się zatrzymałem z żoną, więc postanowiłem ciebie odwiedzić.- uśmiechnął się zawadiacko i właśnie przez ten uśmiech prawie by zignorowała fakt, że wspomniał o tym, że jest już żonaty.
- Pewnie, rozgość się…- ręką wskazała mu fotel i sama usiadła naprzeciwko.
- Może od razu przejdę do rzeczy. Dlaczego uciekłaś od niego?- zapytał ją już nie takim przyjemnym  głosem. Czuła w nim rozczarowanie oraz wyrzuty. Świetnie, opuściła  zakochanego mężczyznę i teraz jego kolega przychodzi się z nią rozliczyć. Nie było to może dojrzałe zachowanie, ale rozumiała troskę o przyjaciela.
Nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Sama nie była pewna, czemu to zrobiła. Niby przez wątpliwości i świadomość, że to się nie uda. Jednak w tej chwili to były marne tłumaczenia.
- No właśnie. Sama tego nie wiesz. Mogę tobie powiedzieć co ja wiem na ten temat. Jay się załamał i pewnie siedzi w jakimś przypadkowym barze i pije ile wlezie. Pierwszy raz od dłuższego czasu widziałem go takiego… Szczęśliwego. Po tym jak sobie poszłaś prawie rozpłakał się w moich ramionach, a to mu się nie zdarza za często. Opowiedział mi o tobie i wydajesz się być rozsądną dziewczyną. Jak coś do niego czujesz to leć, biegnij. Może go jeszcze znajdziesz.- skończył mówić i się do niej lekko uśmiechnął. Zaraz nie było go już w jej  pokoju i mogła usłyszeć oddalające się kroki.
Nie wiedziała czy płakać, czy słuchać przypadkowo poznanego faceta. Jak zawsze, zaufała komuś innemu niż sobie i po pięciu minutach można było ją zobaczyć wybiegającą z hotelu.
Wszystkie jej wątpliwości ustały, teraz miała jeden, jedyny cel. On.
****
Pożegnał się z przyjacielem i przez chwilę patrzył jak odchodzi w stronę hotelu. Mógł równie dobrze pójść do swojego i przespać się choć trochę przed podróżą, ale nie to było w jego planach. Swoje kroki skierował ku pobliskiemu parku. Chciał to wszystko przemyśleć, chociaż wiedział, że dojdzie do wniosku, że nie rozumie kobiet.
Zawsze, ale to zawsze  jak zaczynał angażować się w jakiś związek, albo to jemu odwalało i ją zdradzał, albo wręcz przeciwnie. Tym razem ona uciekła, a on nie miał pojęcia dlaczego. Pierwszą rzeczą, o której pomyślał to było to, że Shannon jej coś naopowiadał. Na szczęście, jak do niego przyszedł to udało mu się wyciągnąć, że nic jej nie powiedział. W tej sprawie mógł mu wierzyć, bo mimo licznych sprzeczek, Shannon nigdy by go nie okłamał. Przynajmniej w tej sprawie mógł być spokojny.
Chłodne, nocne powietrze owiewało go z każdej strony. Miał wrażenie, że w momencie, w którym zimny powiew pada na jego skórę, wszystkie smutki odchodzą w dal.
W pierwszym momencie miał ochotę za nią pobiec, wyjaśnić. Niestety, ale może nawet na szczęście, Gerard odwiódł go od tego pomysłu. Popełniłby jeszcze jakąś głupotę, której żałowałby przez dłuższy czas. Może powiedziałby o parę słów za dużo i dziewczyna mogłaby się przestraszyć. Nie chciał składać jej żadnych deklaracji, sam nie wiedział co do niej czuje. Niby to miłość, ale jego wątpliwości zostawiały go lekko skołowanego.
Przy innych kobietach nie czuł się tak jak przy niej, ale nie miał stu procentowej pewności, że za tydzień to się nie rozpadnie. Myślał, że to nie będzie aż takie trudne. Ładna dziewczyna, mądra i taka… Niewinna. Te trzy lata w śpiączce pozostawiły w niej odrobinę nastoletniej niewinności i naiwności. Tego mu brakowało w codziennym życiu. Wszystkie te wyrachowane, zimne kobiety doprowadzały go do szału.
Nie chciał tego przyznawać, nawet sam przed sobą, ale w głębi duszy potrzebował właśnie takiej małej, zagubionej dziewczynki, aby mógł o nią dbać i się nią interesować. Chciał poczuć się potrzebny komuś, komu pomoc się należy. Cassie dawała mu taką możliwość. Swoją niewinnością uświadamiałaby mu na co dzień, że człowiek nie może pędzić od punktu a do punktu b, nawet jeżeli oznaczył sobie tymi punktami swoje marzenia. Przy niej miał być wzorem cnót i opiekunem. Niestety nie dała mu do tego okazji.
****
Nawet nie zauważył, kiedy nogi poniosły go pod jej dom. Mógł przysiąść, że zrobił to kompletnie nieświadomie. Jak to on, pomyślał, że to jakiś sygnał od tego co siedzi w górze i nami steruje. Postanowił wejść, zapukać i dowiedzieć się o co jej chodziło. W tamtej chwili wydawało mu się to najlepszym wyjściem.
Drzwi otworzyła mu obca kobieta, która wydawała się być starszą wersją Cassie. Jedynie kolor włosów miały różny; kruczoczarny został zastąpiony miodowym blondem.
- Przepraszam, że tak późno niepokoję. Zastałem może Cassie?- domyślił się, że to może być jej mama. Uśmiechnął się przepraszająco i wyczekiwał odpowiedzi.
- Nie ma i nie będzie. Wyjechała na studia.- zwróciła się do niego dość zdenerwowanym głosem. Nagle coś go uderzyło. Nie był to fakt, że wyjeżdża i go od tak zostawia. Zabolało go to, że nic mu o tym nie wspomniała. Poczuł się taki… Nieważny.
Gdyby był dzień i oświetlenie byłoby dużo mocniejsze, to kobieta z pewnością zauważyłaby tą pojedynczą łzę spływającą po jego lewym policzku. Otarł ją niezauważalnie i podziękował za informacje. Przeprosił po raz kolejny i odszedł nie czekając aż jej rodzicielka zamknie drzwi.
Nie miał pojęcia co ze sobą zrobić, więc udał się do jedynego miejsca poza jej domem, które tutaj znał. Niestety, ono też kojarzyło mu się z tym krótkim, aczkolwiek burzliwym „romansem”.
- Od teraz wszystko będzie ci się z nią kojarzyć Dziadzie…- burknął do siebie pod nosem i otworzył drzwi prowadzące do środka.
Pierwszym co go uderzyło była strasznie głośna muzyka dobiegająca z ogromnych głośników, które ustawiono po obu stronach sali. Mimo bólu głowy spowodowanego nadmiarem stresu, nie przeszkadzało mu to za bardzo. Skierował się w stronę baru i po chwili siedział przy nim popijając alkohol z dość dużej szklanki.
****
Mijały minuty, nawet już godziny. Jared z każdą z nich robił się coraz bardziej pijany. Nie zauważył nawet jak na jego kolanach pojawiła się cycata blondynka, która zaczynała go coraz bardziej absorbować swoimi wdziękami. Nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie; dzięki niej na chwilę zapomniał o Cassie.
****
Wbiegła do baru gdzie po raz pierwszy go zobaczyła. Przed oczami miała obrazy ze swojego snu oraz to co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni. Chciała mu to wszystko wyjaśnić, powiedzieć, że to jego wybrała. Była zaślepiona miłością do niego i wreszcie to sobie uzmysłowiła.
Zobaczyła go. Uradowana chciała już podchodzić, ale zauważyła, że nie jest sam. Najpierw pomyślała, że to Emma i żali jej się, albo cokolwiek innego.
Potem zobaczyła jak owa kobieta siada mu na kolanach, a jego ręce zjeżdżają coraz niżej, aż trafiają na jej pośladki. Wmurowało ją w podłogę i dopiero potrącenie przez jakąś pijaną dziewczynę sprowadziło ją na ziemię.

Po policzkach spłynął jej wodospad łez. Wiedziała, że on też wybrał. I to nie ją.
***************
Mam nadzieję, że wyczekiwany rozdział :) Jak Wam się podobał? Zapraszam do wszelkich opinii i komentarzy 
*MarsHugs*

środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 18- Demolition Lovers.


Taki krótki wstęp ode mnie :)
 Rozdział pisany pod wpływem gorączki i dość dużych emocji, więc może być lekko inny od pozostałych. Mam nadzieję, że się spodoba. Zapraszam do wszelkich opinii i komentarzy ( tych pozytywnych, jak i negatywnych), każdy jest mile widziany.
P.S Dziękuję Wikusi mojej kochanej, dzięki której w ogóle powstał ten rozdział :)  

****


Uwinęła się z tą robotą wcześniej niż sobie założyła. Właśnie kończyła wypełniać ostatnie rubryki i postanowiła odnieść to do Emmy w obecnym stanie. Powieki kleiły się jedna do drugiej ze zmęczenia i nie potrafiła powstrzymać ciągłego ziewania. Była wyczerpana ciągłym czytaniem i studiowaniem papierów.
Przeciągnęła się i podnosząc się ociężale z krzesła przypomniała sobie o wizycie u Shannona. Przez ten ogrom pracy kompletnie zapomniała o tym co ją dzisiaj czeka. Starszy brat Jay’a lekko ją przerażał. Nie mówił zbyt wiele, zawsze milczał. Jak już coś powiedział, wypowiadał to tonem pełnym tajemniczości. Bała się go skrycie i nie miała pojęcia co przyniesie ich dzisiejsza rozmowa. Spodziewała się najgorszego i wolała się na to nastawiać. Nie lubiła się na kimś zawodzić, więc i tym razem nie chciała doświadczyć tego potwornego uczucia.
Swoje kroki skierowała do garderoby perkusisty. Emma nie powiedziała jej zbyt wiele o tym czego powinna się spodziewać po tej wizycie. Sama nie miała pojęcia o co chodzi mężczyźnie, ale radziła jej nie przejmować się za bardzo tym co jej powie. Chciała ją wesprzeć, widać to było w każdym pokrzepiającym uśmiechu wysyłanym w stronę dziewczyny. Przynajmniej ona nie okazywała jej żadnych negatywnych odczuć. Co do Jareda to nie była pewna, że szczerość jego intencji jest taka, jaka być powinna, ale powiedziała samej sobie „Czemu nie? Warto spróbować…”. Serce kazało jej dać mu szanse i pozwolić, by się do niego wkradł, ale rozum podpowiadał, że niedługo nastąpi koniec wszystkiego co dobre i przyjemne. Właśnie tego bała się najbardziej…
Zapukała cicho do drzwi, ale nie otrzymała żadnego potwierdzenia, że może wejść do środka. Ponowiła tą czynność i już po chwili stała twarzą w twarz z Shannonem. Przełknęła szybko ślinę i spojrzała mu w te tajemnicze, czekoladowe oczy. Przez chwile miała wrażenie jakby znowu znalazła się w swoim śnie.
Pamiętała więzienie i to jak patrzył na nią z taką namiętnością w oczach, że na samą myśl o tym miękły jej kolana. Przeklinała swój mózg, że akurat w takim momencie musiała sobie przypomnieć ten jakże piękny sen. Każdy jego dotyk, pocałunek, który utknął w jej wyobraźni doprowadzał ją do białej gorączki w tamtej chwili.
Gestem dłoni zaprosił ją do pomieszczenia i zamknął za nią drzwi, które cicho trzasnęły. Usiadła na wygodnej, skórzanej kanapie w czarnym kolorze i oczekiwała najgorszego. Nawet nie wiedziała dlaczego tak bardzo obawiała się tego spotkania, przecież Shann nie mógł jej zbyt wiele zrobić. Pewnie to świadomość o tym, że był dość znaczącym elementem jej trzyletniego snu przerażała ją najbardziej. Gdyby nie to, to z pewnością nie stresowałaby się jego obecnością tak bardzo jak teraz. Patrzyła jak spokojnie siada w fotelu naprzeciwko niej i zakłada nogę na nogę. Widać było po nim, że jest stoicko spokojny i nie przejmuje się tą rozmową za bardzo.
Patrzył na nią z lekkim rozbawieniem w oczach. Na kilometr było czuć zdenerwowanie dziewczyny, że tylko jego ślepy brat tego nie zauważał. Właśnie, znając jego właśnie obraca kolejną napaloną fankę, kiedy to jego rzekoma ukochana siedzi nieświadoma na jego kanapie. W gruncie rzeczy było mu jej straszliwie szkoda, marnowała się przy nie tym co powinna. Przez jego głowę przeleciała mu szybka i dość głupia myśl; a gdybym to zabrał ją braciszkowi, może by wreszcie zauważył co traci przez swoje bezmyślne zachowanie.
Uśmiechnął się, bo wiedział jak bardzo niemożliwe jest to, co właśnie przed chwilą wymyślił. Mimo wszystko postanowił zaryzykować.
-Napijesz się czegoś?- zapytał z udawanym luzem w głosie. Nie mogła domyśleć się co chodziło mu po głowie od kiedy zaproponował jej to spotkanie.
- Chętnie.- odpowiedziała mu uśmiechając się słabo.
-Wody, piwa czy coś mocniejszego?
- Jak masz whisky, to poproszę.
- Widzę, że nie jesteś z tych dam, co preferują delikatne i kobiece drinki?- zapytał z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.- Podoba mi się to…- dodał już o wiele ciszej, tak, żeby dziewczyna nie mogła tego usłyszeć. Podał jej szklankę z trunkiem i sobie nalał tego samego. Wykrzywił usta w czymś, co miało przypominać szczery uśmiech, ale jak zwykle mu nie wyszło. Zaklął w myślach i spojrzał na zestresowaną Cassie.
Jej biust podnosił i opadał w miarę tego jak oddychała. Włosy układały się delikatnie na ramionach i spływały z tyłu, na plecy. Nie wyglądała na starszą niż dwadzieścia pięć lat. Kolejna młoda i naiwna…
Wziął łyk złocistego płynu i automatycznie przypomniał sobie kiedy po raz ostatni miał go w ustach. Wszystkie wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą, przez co zakrztusił się i gdyby nie pomoc dziewczyny, leżałby martwy na tym czarnym, miękkim dywanie.
****
Dwadzieścia pięć lat wcześniej
-Jesteś pewna, że tego chcesz?- zapytał dziewczynę o wdzięcznym imieniu Cassandra. W odpowiedzi uśmiechnęła się do niego blado i pokiwała twierdząco głową.
Zestresowany chłopak zrobił to co powinien i po chwili oboje oddali się miłosnemu uniesieniu…
****
Leżał na łóżku z jedną ręką pod swoją głową, a drugą obejmował dziewczynę w pasie. W popielniczce na stole dogasał papieros, który został wypalony tuż po tej jakże przyjemnej czynności. Uśmiechał się pod nosem zadowolony z tego, co się przed chwilą stało. Wreszcie poczuł się jak mężczyzna. Jak od niej wróci to pochwali się braciszkowi, który mimo faktu, że był o rok młodszy, te sprawy miał już za sobą.
Spojrzał na śpiącą towarzyszkę i w jednej chwili powróciły wszelkie obawy. Nie miał pojęcia czy chce z nią być, czy może woli, żeby sprawy zostały tak jak jest teraz. Niestety, po tym co się przed chwilą wydarzyło ona z pewnością zażąda od niego miliona deklaracji, słów, których ona bał się wypowiedzieć nawet w myślach.
Przerażony tymi myślami wstał w pośpiechu z łóżka i narzucił na siebie wcześniej zdjęte ubranie. Na skrawku papieru naskrobał parę słów, jak bardzo mu się podobało oraz, że mu przykro, ale musi już iść. Poprosił jeszcze, aby nie dzwoniła do niego. Zakończył jednym, krótkim słowem; przepraszam.
Opuścił mieszkanie, w którym się znajdowali i udał się do najbliższego baru. Był tam po raz pierwszy, więc obawiał się, że nie będą chcieli go wpuścić do budynku. Na szczęście udało mu się to bez żadnych większych problemów. Okazał tylko dokument stwierdzający, że jest już pełnoletni i wszedł do środka.
Podszedł do baru i nie wiedząc co zamówić, zasugerował się wszystkimi zagubionymi mężczyznami z filmów, które tak lubił oglądać.
 -Poproszę whisky.- powiedział niepewnym głosem do ponurego barmana, rodem z najstraszniejszych horrorów.
- Pierwszy raz w takim miejscu, co nie?- zapytał go głosem zupełnie nie podobnym do jego wyglądu. Brzmiał… Przyjemnie.
- Aż tak to widać?- odpowiedział zrezygnowanym głosem.
- Poznałem tylko dlatego, że masz wzrok wystraszonej surykatki.- zaśmiał się i podał Shannonowi to, o co poprosił.- Problemy z dziewczyną?
- Żeby tylko…
- Jakaś grubsza sprawa widzę.
- W filmach zawsze barmani dają najlepsze rady, więc przyszedłem tutaj.
- Co ja mogę powiedzieć… Jeśli oddała się tobie bezpowrotnie i jak jesteś przy niej to czujesz się jakbyś mógł przenosić góry na własnych plecach, to biegnij do niej. Więcej taka szansa się nie powtórzy… Jak jeszcze jesteście już po „tym”, to tym bardziej. Nie zmarnuj tego chłopaku, bo dziewczyna jak zając; szybko ucieknie jak zobaczy twoje wątpliwości.- po wypowiedzeniu tych słów wrócił do polerowania reszty szklanek.
Shannon spojrzał na niego z niedowierzeniem. Wszystko się zgadzało… Jednym haustem wypił zawartość swojej szklanki i zostawił większą część swojej gotówki na blacie. Wybiegł z baru i skierował się do domu dziewczyny.
W tamtym momencie wiedział, że to co robi jest właściwe.
****
Wszedł do mieszkania i zastał wszystko w takim samym stanie, jak wtedy kiedy je opuszczał. Uśmiechnął się mając nadzieję, że Cass nadal śpi i zrobi jej niespodziankę swoją deklaracją. Otworzył drzwi do sypialni i ujrzał puste łóżko. Zaskoczony zrobił dwa kroki do przodu i przerażony odkrył, że nie ma listu, który jej zostawił.
Przeklinał w myślach swoją głupotę. Podszedł do stolika, na którym wciąż dogasał ten sam papieros i zauważył jakąś inną kartkę papieru. Ciekawość przezwyciężyła wszystko inne i już po chwili zagłębił się w lekturze tego, co zostało tam napisane.
„Do tego, kto znajdzie to jako pierwszy…
Kochałam go. Całą sobą. Niestety, zostawił mnie jak pierwszą lepszą dziwkę. Nie szukajcie mnie, bo i tak nie znajdziecie. Wzięłam tabletki, za jakąś godzinę powinny zadziałać i na zawsze zniknę z tego świata. Zadowolony jesteś? Pewnie tak, byłam tylko przypadkową przeszkodą na twojej drodze.
Wiedz, że byłeś moim pierwszym, a zarazem ostatnim. Kochałam cię Shannonie Leto. Szkoda, że ty tego nie czułeś…
Cassandra”
Łzy ściekały mu po policzkach. Nie miał nawet siły aby ustać na nogach, więc upadł na podłogę przewracając przy tym stół. Jak on mógł jej to zrobić? Miała tylko siedemnaście lat, była jeszcze dzieckiem...
Wpadł w szał, zaczął niszczyć wszystko co stanęło na jego drodze. Tamtego dnia przysiągł, że nigdy więcej nie pokocha nikogo, tak jak jej. W ogóle nikogo nie pokocha.
****
- Shannon? Wszystko w porządku- z zamyślenia wyrwał go głos Cassie. – Mam kogoś wezwać?
- Nie…- odpowiedział dużo ciszej niż planował.- Nie, jest ok. Wiesz co? Może przełożymy tą rozmowę na później? Czuję się zmęczony.
- Okej… Jakby co, jestem w grupowej garderobie.- powiedziała i wyszła z pomieszczenia.
Nie miała pojęcia co spowodowało tak dziwne zachowanie perkusisty. Nie przejmowała się tym zbytnio, bo mimo wszystko nie darzyła go zbyt wielką sympatią.
Zamiast do garderoby skierowała się do bocznego wyjścia z chęcią zapalenia. Zabawne, jak tak prozaiczny nałóg potrafi kompletnie zawładnąć duszą i umysłem człowieka. Jak już znalazła się na dworze, otoczona przez ciemność to wyciągnęła z kieszeni paczkę ulubionych papierosów.
-Cholera, jak zawsze zapomniałam o zapalniczce.- powiedziała sama do siebie i już miała wracać do swojej torebki po przedmiot, który potrzebowała.
Nagle, tuż przed jej twarzą wyrosła męska dłoń trzymająca ową rzecz. Zdziwiona, lekko przestraszona przyjęła go i po chwili z jej ust wydobywał się ten zbawienny, smolisty dym.
- Dziękuję za zapalniczkę.- rzuciła w ciemność, ponieważ nie potrafiła zlokalizować pomocnego człowieka.
- Zawsze do usług.- odpowiedział jej przyjemny, męski głos. Uśmiechnęła się na samą myśl, że jego właściciel może wyglądać tak samo dobrze, jak brzmi jego głos. Po chwili skarciła samą siebie w myślach, bo przypomniała sobie o Jaredzie.- Mogę się do ciebie przyłączyć?-zapytał ją mężczyzna.
- Oczywiście, Cassie jestem.- wyciągnęła do niego dłoń w geście przywitania. Już za chwilę stał obok niej w całej swojej okazałości. Na czoło opadały mu lekko dłuższe, czarne włosy, a ciemne oczy błyszczały uwodzicielsko.
- Gerard. Miło mi ciebie poznać, członkini Mars Crew jak mniemam?- zapytał ją uśmiechając się szeroko. Odsłonił przy tym dwa rzędy  śnieżnobiałych zębów, czym dodał sobie jeszcze więcej w jej oczach.
- Tak, jestem tutaj nowa. Dzisiaj zaczęłam pracę. A co Ciebie tu sprowadza?
- Powiedzmy, że jestem umówiony z twoim szefem.- po raz kolejny zabił ją swoim uśmiechem i zaciągnął się własnym papierosem. Według niej wyglądał w tamtym momencie jak grecki Bóg po przejściach z lekko zmęczonym spojrzeniem. Mimo faktu, że wyglądał na nieźle zmordowanego życiem, co nie wpłynęło znacząco na jego urodę, mogła zauważyć, że był dużo młodszy od jej Leto. Na spokojnie określiłaby go jako dwudziestolatka, ale znając magię operacji plastycznych, mogła się bardzo pomylić.
Nie mówili nic więcej, tylko cieszyli się chwilą spokoju, która za chwile miała zostać przerwana przez upierdliwego „szefa” dziewczyny. Obydwoje powoli dopalali swoje papierosy obserwując dym, który ulatniał się z nich w zwolnionym tempie.
Gerard chciał przerwać tą wcale nie niezręczną ciszę. Cassie zafascynowała go swoją otwartością i miał ochotę poznać ją jeszcze bardziej. Nabrał powietrza w zniszczone nałogiem płuca i już miał coś powiedzieć, ale przerwał mu huk otwieranych drzwi.
****
Denerwował się bardziej niż powinien. Przecież to była tylko zwykła, formalna rozmowa pomiędzy pracodawcą a pracownikiem. I to jeszcze nie on miał brać w niej udział. Bał się, że Shannon powie Cassie prawdę o nim, o jego nawykach podczas trasy. Nie chciał pamiętać o swojej przeszłości, nie chciał wspominać na nowo tego okresu kiedy co noc miał inną kobietę w łóżku. Ten związek z Cass miał zakończyć na dobre jego stary tryb życia. Niestety, brat mógł wszystko zepsuć i doprowadzić o rozpadu, czegoś co mogło go uratować. Po dzisiejszej kłótni wolał spodziewać się wszystkiego co najgorsze.
Miał w planie pójść do nich i wpaść do pokoju w najmniej oczekiwanym momencie pod jakimś durnym pretekstem. Zatrzymywały go tylko resztki godności i instynktu samozachowawczego, nic więcej.
Sięgnął po telefon i zadzwonił do przyjaciela, który akurat przebywał w mieście. Miał dla niego propozycje, która mogłaby naprawić to, co zepsuje Shannon. Powiedział mu, że za chwile powinien się pojawić za halą, obok bocznego wyjścia z obiektu. Dlatego też Jared musiał się w miarę szybko wyszykować.
****
- Hej Gerard!- krzyknął i przytulił artystę. Dawno się nie widzieli, więc taki akt czułości nie był niczym dziwnym.- Postarzałeś się, czy ja tam widzę siwe włosy?- zażartował i przypatrzył się swojemu przyjacielowi. Obok niego zobaczył jakąś postać w cieniu, która próbowała unikać jego spojrzenia.- Cassie? A co ty tutaj robisz…?
- Przyszłam zapalić po rozmowie z twoim bratem.- odpowiedziała krótko i zniknęła w budynku. Nie wiedzieć czemu zbierało jej się na płacz. Przecież nic złego się nie stało, ale widok Jareda rozbroił ją kompletnie. Przed chwilą była jeszcze gotowa go zdradzić, ale tylko jak na niego spojrzała poczuła ogromne wyrzuty sumienia. Był tutaj dla niej, załatwił jej pracę i obronił przed wszystkimi. Miała dość tego, że każdy martwił się o nią i wszystko za nią robił.

Wybiegła z hali nie zostawiając żadnego listu. Chciała zwyczajnie od nich uciec. 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 17- Krótkie momenty skupienia.

Wyszedł z bratem na korytarz cały w nerwach. Nie wiedział co ma mu powiedzieć. Ma skłamać, że ona dla niego nic, a nic nie znaczy? A może powiedzieć, że ją kocha, co też nie było do końca prawdą. Bił się ze swoimi myślami, dopóki nie weszli do osobnej garderoby Shannona. Teraz zacznie się rzeź- pomyślał i usiadł na kanapie naprzeciwko brata. Patrzył jak zbiera on myśli, miał wtedy ten charakterystyczny wyraz twarzy, który zawsze doprowadzał Jay’a do śmiechu. Jednak tym razem się nie śmiał. Wiedział, że jak się chociaż uśmiechnie, zepsuje swój misterny plan. Miał zamiar mu powiedzieć co czuje do tej dziewczyny i, że zabiera ją w trasę mimo wszystko co zostanie powiedziane w tym pokoju. Podjął już decyzję i nie zamierzał jej zmieniać.
- Możesz mi łaskawie wytłumaczyć co ty sobie wyobrażasz smarkaczu?- Shannon zaatakował go od razu.
- Grzeczniej trochę… O co ci chodzi? Jestem tutaj z wami na czas? Jestem. Po co się czepiasz?- Jay przejął od brata ten negatywny nastrój. Nie podobała mu się ta sytuacja, chciał to załatwić najszybciej jak to możliwe i wrócić do Cassie, która była z pewnością zasypywana pytaniami przez Emmę i Tomo. Martwił się, że dziewczyna zrazi się do niego przez to co nagadają jej jego przyjaciele…
- Znikasz na dwie noce pod rząd. To jeszcze jestem w stanie zrozumieć, młody jesteś to się wyszalej, ale teraz wyskakujesz mi tu z jakąś przypadkowo poznaną laską i ona ma zostać twoją asystentką. Aż taka dobra była w łóżku, że będziesz ją ze sobą woził po całym świecie?- nie potrafił opanować swojego ciętego języka. Denerwowała go sytuacja z bratem, że znika na całe noce nie mówiąc ani słowa, ale z tą akcją już przesadził. Przecież doskonale znał jego zdanie na temat kobiet podczas trasy; rozpraszały ich, a powinni być skupieni na swojej pracy, a nie na upojnych nocach spędzonych w hotelu. Oczywiście, przygodne panienki mu nie przeszkadzały, ale nie w godzinach pracy.
- Już postanowiłem, że ją zabieram, a ty nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie. To, że ty nie potrafisz nikogo pokochać, nie znaczy, że ja też mam serce z kamienia!- wykrzyczał bratu prosto w twarz licząc na cios z jego strony. Niestety, Shannon nic nie zrobił. Stał cicho wpatrzony w twarz Jareda. W jego oczach mógł dostrzec żal i zdziwienie, tym co powiedział. W jednej sekundzie zaczął żałować, że aż tak go poniosło… Co ta dziewczyna z tobą robi Jay? Zapytał sam siebie, ale nie potrafił odpowiedzieć nawet sobie. Coś niedobrego działo się w jego głowie. – Ja… Shann, stary przepraszam. Nie chciałem…- tłumaczył się nieudolnie starszemu bratu, który wciąż patrzył na niego tym samym wzrokiem. Po chwili, do jego pustego spojrzenia wkradło się rozczarowanie jego słowami. Czuł się z tym strasznie.
- Gdybyś tego nie chciał, to byś nie powiedział… Chodźmy do nich, zaczną coś podejrzewać.- Shannon skierował się do niego, tak jakby był zupełnie obcym człowiekiem. Jared zauważył w jego oczach łzy, co jeszcze bardziej go dołowało. Jak mógł powiedzieć mu coś tak okrutnego. Shann tak łatwo mu nie wybaczy, o ile w ogóle będą ze sobą rozmawiać tak, jak dawniej.
****
Cassie została sama, rzucona na pastwę losu i towarzyszących jej osób. Z lekkim niepokojem wypisanym na twarzy usiadła obok Emmy, która była jej deską ratunkową, gdyby Tomo postanowił ją jakoś zniszczyć.
- No to Cass, opowiesz nam coś o sobie? Musisz mieć w sobie coś wyjątkowego, skoro nasza diva uznała, że jesteś wystarczająco dobra.- zagaił Tomo i uśmiechnął się do niej. Nie potrafiła określić, czy z miejsca darzył ją jakimkolwiek uczuciem. Jego twarz miała dość przyjazny wyraz, ale z różnych wypowiedzi na forach wyczytała, że jeśli Chorwat się zdenerwuje, to nie ma zmiłuj.  Zrobiła dobrą minę do złej gry i wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. Postanowiła grać miłą osobę.
- Wiecie, staram się dostać na kurs reżyserski, ale do tego potrzeba jakiegokolwiek doświadczenia w branży. Z pomocą przyszedł mi Jared i powiedział, że mogę mu pomóc przy waszym nowym teledysku. Szczegółów jeszcze nie znam, ale się zgodziłam, bo w mojej sytuacji każda rzecz się przyda.- zakończyła jakże piękne kłamstwo. Tak samo jak oni, przed chwilą dowiedziała się, że wyjeżdża z nimi w trasę. Nie, że jej to przeszkadzało, cieszyła się i to bardzo. Ale wiedziała jakie reakcje wzbudzi jej osoba wśród reszty zespołu i MarsCrew…
- To świetnie! Wreszcie jakaś dziewczyna się do nas przyłączy, mówię ci, jak masz z tą trójką wytrzymać dwadzieścia cztery godziny na dobę to możesz bardzo szybko oszaleć.- Emma roześmiała się i szturchnęła lekko dziewczynę. Wydawała się być taka prawdziwa i przyjaźnie nastawiona, że Cassie od razu podłapała jej rozbawiony nastrój. Blondynka chyba była jej jedynym sprzymierzeńcem, nie wliczając w to Jay’a.
- Emma! Bo ją przestraszysz i nie będę miał kogo uczyć moich nowych przepisów…- obruszył się Tomo, ale po chwili śmiał się z nimi w głos. Czyli największą przeszkodą oraz wrogiem był Shannon. Na jej nieszczęście właśnie otworzyły się drzwi garderoby, a w nich pojawił się obiekt jej rozmyślań; starszy brat jej… Pracodawcy. Przy tej wersji powinna na razie zostać, dopóki nie jest z nim sam na sam.
- Zabieramy się do roboty, koncert sam się nie zrobi.- zakomenderował i po chwili już go nie było. Pewnie skierował się w stronę sceny, aby rozpocząć wszystkie przygotowania. Zebrani w pokoju spojrzeli po sobie i dołączyli do wyraźnie zdenerwowanego perkusisty. Emma niemalże w podskokach pobiegła za nim i zaczęła wypytywać o jego widzimisię.
Cassie została w pomieszczeniu sama z Jaredem. Miała tylko parę chwil na to, aby z nim porozmawiać.
- To jadę z wami w trasę, prawda?- zagaiła muzyka.
- Pomyślałem, że to będzie najlepszą opcją. Przepraszam, że tak się o tym dowiedziałaś, ale mam nadzieję, że choć trochę się cieszysz.- uśmiechnął się do niej, czym jak zwykle rozwalił ją na łopatki. Spojrzała w jego oczy o odcieniu błękitu i po raz kolejny w nich zatonęła. Nie wiedziała kiedy ich usta się połączyły, ale nie zależało jej na tym. Mogłaby trwać tak przez wieczność, ale wiedziała, że musi zadać to cholernie nurtujące pytanie. Oderwała się od niego i oparła głowę o jego bark. Czuła się taka szczęśliwa, jednak miała świadomość, że jedno słowo z jego ust i to wszystko się zmieni.
-Jared?- zapytała cicho.
- Co jest?
- Kim ja… Kim dla ciebie jestem?- odważyła się podnieść głowę i ponownie zajrzeć w zwierciadła jego duszy. Nie dostrzegła w nich nic niepokojącego, więc odetchnęła z ulgą i czekała na odpowiedź, która wszystko zmieni.
- Cassie… Zależy mi na tobie i to cholernie mocno. Nie mam pojęcia czy jest to miłość i czy nam to w ogóle wyjdzie, ale… Chcesz zostać moją dziewczyną?- wyrzucił z siebie bardzo szybko i oczekiwał jakiejkolwiek reakcji. Nie był stuprocentowo pewny tego co powiedział, ale warto zaryzykować, bo potem będzie tego żałował przez resztę swojego życia. Uśmiechnął się delikatnie do dziewczyny i popatrzył na nią z niepokojem w oczach.
- No może…. Oczywiście, że zostanę Jay.- powiedziała i ucałowała go w policzek. Była bardziej szczęśliwa niż powinna, co nadawało jej jeszcze więcej energii.
- Zostaniesz tutaj chwilę? Emma do ciebie przyjdzie niedługo i podpiszecie te wszystkie papierki, ja nie mam do tego głowy. Lecę na próbę, trzymaj się mała.- rzucił szybko i wybiegł z pokoju.
Radość rozpierała go całego.  Czuł się jak zakochany nastolatek, wiedział, że może w tej chwili wszystko. Dzisiaj planował spędzić trochę czasu z dziewczyną, lepiej ją poznać. Miał przeczucie, że coś z tego będzie. Chyba po raz pierwszy od czasów Cameron. Uśmiechnął się pod nosem i wszedł na scenę. Przedstawienie czas zacząć…
****
- Dzięki wam wszystkim, byliście wspaniali. Kocham was Anglio!- wykrzyczał resztkami głosu i zbiegł ze sceny. Miał już na dzisiaj wolne. Za dwie godziny wyruszali do kolejnego kraju, kolejnego miasta zagrać koncert po raz kolejny w tej trasie, która zdawała się nie mieć końca. Oczywiście, nie planowali pobić swojego rekordu, ale z dwa lata im zejdzie. Wparował rozradowany do garderoby i szybko wskoczył pod prysznic. Chciał się odświeżyć, żeby nie witać dziewczyny w swoim ociekającym potem, „koncertowym” obliczu.
Strużki chłodnej wody spływały po jego ciele tworząc cieniutkie ścieżki. Zazwyczaj pomagało mu to zebrać myśli, ale te jak uparte nie potrafiły ułożyć się w odpowiednich dla nich przegródkach. Notorycznie powracały wspomnienia z rozmowy z bratem. Nie miał pojęcia dlaczego zachował się jak skończony idiota. Może to wina Cassie? Zapytał sam siebie. Boże, Jared uspokój się i przestań obwiniać tą dziewczynę. Nic ci nie zrobiła, tylko zakręciła w twoim pustym łbie. Pogódź się z tym.
Wyszedł spod prysznica i zawiązał ręcznik wokół swoich wąskich bioder. Wciąż był mokry, ale nie przeszkadzało mu to, aby opuścić swoją garderobę i przemknąć się do wspólnego pomieszczenia. Na szczęście, zastał tam tylko Cassie, która siedziała odwrócona do niego tyłem.  Uśmiechnął się i objął ją od tyłu. Wzdrygnęła się, po czym odwróciła twarz, na której zagościł prześliczny uśmiech.
- Już po? Boże… te papiery mnie wykończą, a wolę wszystko przeczytać, to moja pierwsza praca…- powiedziała dość zmęczonym głosem.
-Ej, kochanie, to ja tutaj skakałem i śpiewałem przez dwie godziny z rzędu.- zaśmiał się i pocałował ją w czoło. Kochała te jego drobne, czułe gesty.
- Oj panie Leto… Kusisz mnie, kusisz. Musiałeś przyjść tutaj prosto spod prysznica, prawda? Nie byłbyś sobą?- zapytała zawadiacko. Nie miała pojęcia skąd się u niej wzięły takie odzywki. Zazwyczaj była dość grzeczną osobą, spokojną i wstydliwą. Jak ten mężczyzna na nią działał…
- O proszę… Przejrzałaś mnie na wylot, nie ma co, poddaję się.
Nagle ich amory zostały przerwane przez szybkie otworzenie drzwi. Jared machinalnie odskoczył od dziewczyny i stanął z rękami podniesionymi przy głowie. Nie przemyślał tego za bardzo, bo w efekcie jego szybszych ruchów, ręcznik postanowił opaść na podłogę i zostawić mężczyznę takiego, jak go pan Bóg stworzył. Nie było to zbyt korzystne dla niego, ponieważ do pokoju wszedł nie kto inny, jak jego ukochany braciszek, który i tak nie miał dobrego zdania na temat dziewczyny. Jednak zdawał się kompletnie nie zwracać uwagi na Jareda. Nie zaszczycił go nawet jednym, pogardliwym spojrzeniem.  Zwrócił się tylko do dziewczyny.
- Cassie, wyjeżdżamy za dwie godziny, więc za godzinę powinnaś być spakowana i mniej więcej gotowa, dasz radę?- zapytał ją, a w jego głosie nie wyczuła specjalnej wrogości. Nie uśmiechał się, nie był zadowolony czy rozbawiony. Zachowywał pełny profesjonalizm. To jej pasowało.
- Pewnie, tylko skończę podpisywać umowy i zaniosę je do Emmy.. Pomóc tobie w czymś?-zapytała z czystej uprzejmości. Chciała go też lekko ułaskawić, widziała napięcie między nim a Jay’em. Było prawie namacalne.
- W sumie to… Tak… Jak już oddasz to wszystko Emmie to przyjdź do mojej garderoby.- uśmiechnął się podejrzanie i równie szybko jak się pojawił, wyszedł z pomieszczenia.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą i dopiero teraz zobaczyła co się dzieje tuż obok niej. Jay stał osłupiały, jednak to nie było najdziwniejsze. Był wciąż nagi i nie zapowiadało się, aby miał się za chwile ubrać. Był w istnym szoku, tego co się tutaj przed  chwilą wydarzyło. Miała teraz idealną okazję by przypatrzeć się swojemu chłopakowi.
To, że miał idealnie wyrzeźbione ciało już dawno zdążyła zauważyć. Kropelki wody uwydatniały to jeszcze bardziej niż powinny. Wyglądał jak grecki Bóg i nikt nie powinien być w stanie temu zaprzeczyć. Każdy mięsień, był idealnie wypracowany, tak że łączny efekt powalał na kolana. Sama świadomość, że widzi bożyszcza nastolatek zupełnie nagiego, kompletnie ją dziwiła. Zeszła wzrokiem niżej na brzuch. Mogłaby się rozpływać nad nim latami, ale coś ciągnęło ją, aby spojrzała w dół. A tam…
- Przepraszam! Czuję się molestowany, wychodzę!- zaśmiał się Jared i bez skrępowania podniósł ręcznik leżący na podłodze. Starał się nie pokazywać jak bardzo boi się rozmowy Cassie i jego brata. Wolał zająć głowę tym, że stał przed nią kompletnie nagi.

- Oj już się tak nie krępuj Leto.- krzyknęła za nim jak wychodził z pokoju i odprowadziła go wzrokiem. Teraz zostało jej dokończyć papiery i udać się do Shannona. Obawiała się tego straszliwie. W razie czego, zawsze może powiedzieć mu co o nim myśli. Z takim postanowieniem zabrała się do dalszej pracy…
****
Tyle ode mnie :) 
Zapraszam do wszelkich opinii i komentarzy, następny rozdział za tydzień.
Mogę wam w tajemnicy powiedzieć, że zbliżamy się do końca ff ;)
*MarsHugs*