środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 18- Demolition Lovers.


Taki krótki wstęp ode mnie :)
 Rozdział pisany pod wpływem gorączki i dość dużych emocji, więc może być lekko inny od pozostałych. Mam nadzieję, że się spodoba. Zapraszam do wszelkich opinii i komentarzy ( tych pozytywnych, jak i negatywnych), każdy jest mile widziany.
P.S Dziękuję Wikusi mojej kochanej, dzięki której w ogóle powstał ten rozdział :)  

****


Uwinęła się z tą robotą wcześniej niż sobie założyła. Właśnie kończyła wypełniać ostatnie rubryki i postanowiła odnieść to do Emmy w obecnym stanie. Powieki kleiły się jedna do drugiej ze zmęczenia i nie potrafiła powstrzymać ciągłego ziewania. Była wyczerpana ciągłym czytaniem i studiowaniem papierów.
Przeciągnęła się i podnosząc się ociężale z krzesła przypomniała sobie o wizycie u Shannona. Przez ten ogrom pracy kompletnie zapomniała o tym co ją dzisiaj czeka. Starszy brat Jay’a lekko ją przerażał. Nie mówił zbyt wiele, zawsze milczał. Jak już coś powiedział, wypowiadał to tonem pełnym tajemniczości. Bała się go skrycie i nie miała pojęcia co przyniesie ich dzisiejsza rozmowa. Spodziewała się najgorszego i wolała się na to nastawiać. Nie lubiła się na kimś zawodzić, więc i tym razem nie chciała doświadczyć tego potwornego uczucia.
Swoje kroki skierowała do garderoby perkusisty. Emma nie powiedziała jej zbyt wiele o tym czego powinna się spodziewać po tej wizycie. Sama nie miała pojęcia o co chodzi mężczyźnie, ale radziła jej nie przejmować się za bardzo tym co jej powie. Chciała ją wesprzeć, widać to było w każdym pokrzepiającym uśmiechu wysyłanym w stronę dziewczyny. Przynajmniej ona nie okazywała jej żadnych negatywnych odczuć. Co do Jareda to nie była pewna, że szczerość jego intencji jest taka, jaka być powinna, ale powiedziała samej sobie „Czemu nie? Warto spróbować…”. Serce kazało jej dać mu szanse i pozwolić, by się do niego wkradł, ale rozum podpowiadał, że niedługo nastąpi koniec wszystkiego co dobre i przyjemne. Właśnie tego bała się najbardziej…
Zapukała cicho do drzwi, ale nie otrzymała żadnego potwierdzenia, że może wejść do środka. Ponowiła tą czynność i już po chwili stała twarzą w twarz z Shannonem. Przełknęła szybko ślinę i spojrzała mu w te tajemnicze, czekoladowe oczy. Przez chwile miała wrażenie jakby znowu znalazła się w swoim śnie.
Pamiętała więzienie i to jak patrzył na nią z taką namiętnością w oczach, że na samą myśl o tym miękły jej kolana. Przeklinała swój mózg, że akurat w takim momencie musiała sobie przypomnieć ten jakże piękny sen. Każdy jego dotyk, pocałunek, który utknął w jej wyobraźni doprowadzał ją do białej gorączki w tamtej chwili.
Gestem dłoni zaprosił ją do pomieszczenia i zamknął za nią drzwi, które cicho trzasnęły. Usiadła na wygodnej, skórzanej kanapie w czarnym kolorze i oczekiwała najgorszego. Nawet nie wiedziała dlaczego tak bardzo obawiała się tego spotkania, przecież Shann nie mógł jej zbyt wiele zrobić. Pewnie to świadomość o tym, że był dość znaczącym elementem jej trzyletniego snu przerażała ją najbardziej. Gdyby nie to, to z pewnością nie stresowałaby się jego obecnością tak bardzo jak teraz. Patrzyła jak spokojnie siada w fotelu naprzeciwko niej i zakłada nogę na nogę. Widać było po nim, że jest stoicko spokojny i nie przejmuje się tą rozmową za bardzo.
Patrzył na nią z lekkim rozbawieniem w oczach. Na kilometr było czuć zdenerwowanie dziewczyny, że tylko jego ślepy brat tego nie zauważał. Właśnie, znając jego właśnie obraca kolejną napaloną fankę, kiedy to jego rzekoma ukochana siedzi nieświadoma na jego kanapie. W gruncie rzeczy było mu jej straszliwie szkoda, marnowała się przy nie tym co powinna. Przez jego głowę przeleciała mu szybka i dość głupia myśl; a gdybym to zabrał ją braciszkowi, może by wreszcie zauważył co traci przez swoje bezmyślne zachowanie.
Uśmiechnął się, bo wiedział jak bardzo niemożliwe jest to, co właśnie przed chwilą wymyślił. Mimo wszystko postanowił zaryzykować.
-Napijesz się czegoś?- zapytał z udawanym luzem w głosie. Nie mogła domyśleć się co chodziło mu po głowie od kiedy zaproponował jej to spotkanie.
- Chętnie.- odpowiedziała mu uśmiechając się słabo.
-Wody, piwa czy coś mocniejszego?
- Jak masz whisky, to poproszę.
- Widzę, że nie jesteś z tych dam, co preferują delikatne i kobiece drinki?- zapytał z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.- Podoba mi się to…- dodał już o wiele ciszej, tak, żeby dziewczyna nie mogła tego usłyszeć. Podał jej szklankę z trunkiem i sobie nalał tego samego. Wykrzywił usta w czymś, co miało przypominać szczery uśmiech, ale jak zwykle mu nie wyszło. Zaklął w myślach i spojrzał na zestresowaną Cassie.
Jej biust podnosił i opadał w miarę tego jak oddychała. Włosy układały się delikatnie na ramionach i spływały z tyłu, na plecy. Nie wyglądała na starszą niż dwadzieścia pięć lat. Kolejna młoda i naiwna…
Wziął łyk złocistego płynu i automatycznie przypomniał sobie kiedy po raz ostatni miał go w ustach. Wszystkie wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą, przez co zakrztusił się i gdyby nie pomoc dziewczyny, leżałby martwy na tym czarnym, miękkim dywanie.
****
Dwadzieścia pięć lat wcześniej
-Jesteś pewna, że tego chcesz?- zapytał dziewczynę o wdzięcznym imieniu Cassandra. W odpowiedzi uśmiechnęła się do niego blado i pokiwała twierdząco głową.
Zestresowany chłopak zrobił to co powinien i po chwili oboje oddali się miłosnemu uniesieniu…
****
Leżał na łóżku z jedną ręką pod swoją głową, a drugą obejmował dziewczynę w pasie. W popielniczce na stole dogasał papieros, który został wypalony tuż po tej jakże przyjemnej czynności. Uśmiechał się pod nosem zadowolony z tego, co się przed chwilą stało. Wreszcie poczuł się jak mężczyzna. Jak od niej wróci to pochwali się braciszkowi, który mimo faktu, że był o rok młodszy, te sprawy miał już za sobą.
Spojrzał na śpiącą towarzyszkę i w jednej chwili powróciły wszelkie obawy. Nie miał pojęcia czy chce z nią być, czy może woli, żeby sprawy zostały tak jak jest teraz. Niestety, po tym co się przed chwilą wydarzyło ona z pewnością zażąda od niego miliona deklaracji, słów, których ona bał się wypowiedzieć nawet w myślach.
Przerażony tymi myślami wstał w pośpiechu z łóżka i narzucił na siebie wcześniej zdjęte ubranie. Na skrawku papieru naskrobał parę słów, jak bardzo mu się podobało oraz, że mu przykro, ale musi już iść. Poprosił jeszcze, aby nie dzwoniła do niego. Zakończył jednym, krótkim słowem; przepraszam.
Opuścił mieszkanie, w którym się znajdowali i udał się do najbliższego baru. Był tam po raz pierwszy, więc obawiał się, że nie będą chcieli go wpuścić do budynku. Na szczęście udało mu się to bez żadnych większych problemów. Okazał tylko dokument stwierdzający, że jest już pełnoletni i wszedł do środka.
Podszedł do baru i nie wiedząc co zamówić, zasugerował się wszystkimi zagubionymi mężczyznami z filmów, które tak lubił oglądać.
 -Poproszę whisky.- powiedział niepewnym głosem do ponurego barmana, rodem z najstraszniejszych horrorów.
- Pierwszy raz w takim miejscu, co nie?- zapytał go głosem zupełnie nie podobnym do jego wyglądu. Brzmiał… Przyjemnie.
- Aż tak to widać?- odpowiedział zrezygnowanym głosem.
- Poznałem tylko dlatego, że masz wzrok wystraszonej surykatki.- zaśmiał się i podał Shannonowi to, o co poprosił.- Problemy z dziewczyną?
- Żeby tylko…
- Jakaś grubsza sprawa widzę.
- W filmach zawsze barmani dają najlepsze rady, więc przyszedłem tutaj.
- Co ja mogę powiedzieć… Jeśli oddała się tobie bezpowrotnie i jak jesteś przy niej to czujesz się jakbyś mógł przenosić góry na własnych plecach, to biegnij do niej. Więcej taka szansa się nie powtórzy… Jak jeszcze jesteście już po „tym”, to tym bardziej. Nie zmarnuj tego chłopaku, bo dziewczyna jak zając; szybko ucieknie jak zobaczy twoje wątpliwości.- po wypowiedzeniu tych słów wrócił do polerowania reszty szklanek.
Shannon spojrzał na niego z niedowierzeniem. Wszystko się zgadzało… Jednym haustem wypił zawartość swojej szklanki i zostawił większą część swojej gotówki na blacie. Wybiegł z baru i skierował się do domu dziewczyny.
W tamtym momencie wiedział, że to co robi jest właściwe.
****
Wszedł do mieszkania i zastał wszystko w takim samym stanie, jak wtedy kiedy je opuszczał. Uśmiechnął się mając nadzieję, że Cass nadal śpi i zrobi jej niespodziankę swoją deklaracją. Otworzył drzwi do sypialni i ujrzał puste łóżko. Zaskoczony zrobił dwa kroki do przodu i przerażony odkrył, że nie ma listu, który jej zostawił.
Przeklinał w myślach swoją głupotę. Podszedł do stolika, na którym wciąż dogasał ten sam papieros i zauważył jakąś inną kartkę papieru. Ciekawość przezwyciężyła wszystko inne i już po chwili zagłębił się w lekturze tego, co zostało tam napisane.
„Do tego, kto znajdzie to jako pierwszy…
Kochałam go. Całą sobą. Niestety, zostawił mnie jak pierwszą lepszą dziwkę. Nie szukajcie mnie, bo i tak nie znajdziecie. Wzięłam tabletki, za jakąś godzinę powinny zadziałać i na zawsze zniknę z tego świata. Zadowolony jesteś? Pewnie tak, byłam tylko przypadkową przeszkodą na twojej drodze.
Wiedz, że byłeś moim pierwszym, a zarazem ostatnim. Kochałam cię Shannonie Leto. Szkoda, że ty tego nie czułeś…
Cassandra”
Łzy ściekały mu po policzkach. Nie miał nawet siły aby ustać na nogach, więc upadł na podłogę przewracając przy tym stół. Jak on mógł jej to zrobić? Miała tylko siedemnaście lat, była jeszcze dzieckiem...
Wpadł w szał, zaczął niszczyć wszystko co stanęło na jego drodze. Tamtego dnia przysiągł, że nigdy więcej nie pokocha nikogo, tak jak jej. W ogóle nikogo nie pokocha.
****
- Shannon? Wszystko w porządku- z zamyślenia wyrwał go głos Cassie. – Mam kogoś wezwać?
- Nie…- odpowiedział dużo ciszej niż planował.- Nie, jest ok. Wiesz co? Może przełożymy tą rozmowę na później? Czuję się zmęczony.
- Okej… Jakby co, jestem w grupowej garderobie.- powiedziała i wyszła z pomieszczenia.
Nie miała pojęcia co spowodowało tak dziwne zachowanie perkusisty. Nie przejmowała się tym zbytnio, bo mimo wszystko nie darzyła go zbyt wielką sympatią.
Zamiast do garderoby skierowała się do bocznego wyjścia z chęcią zapalenia. Zabawne, jak tak prozaiczny nałóg potrafi kompletnie zawładnąć duszą i umysłem człowieka. Jak już znalazła się na dworze, otoczona przez ciemność to wyciągnęła z kieszeni paczkę ulubionych papierosów.
-Cholera, jak zawsze zapomniałam o zapalniczce.- powiedziała sama do siebie i już miała wracać do swojej torebki po przedmiot, który potrzebowała.
Nagle, tuż przed jej twarzą wyrosła męska dłoń trzymająca ową rzecz. Zdziwiona, lekko przestraszona przyjęła go i po chwili z jej ust wydobywał się ten zbawienny, smolisty dym.
- Dziękuję za zapalniczkę.- rzuciła w ciemność, ponieważ nie potrafiła zlokalizować pomocnego człowieka.
- Zawsze do usług.- odpowiedział jej przyjemny, męski głos. Uśmiechnęła się na samą myśl, że jego właściciel może wyglądać tak samo dobrze, jak brzmi jego głos. Po chwili skarciła samą siebie w myślach, bo przypomniała sobie o Jaredzie.- Mogę się do ciebie przyłączyć?-zapytał ją mężczyzna.
- Oczywiście, Cassie jestem.- wyciągnęła do niego dłoń w geście przywitania. Już za chwilę stał obok niej w całej swojej okazałości. Na czoło opadały mu lekko dłuższe, czarne włosy, a ciemne oczy błyszczały uwodzicielsko.
- Gerard. Miło mi ciebie poznać, członkini Mars Crew jak mniemam?- zapytał ją uśmiechając się szeroko. Odsłonił przy tym dwa rzędy  śnieżnobiałych zębów, czym dodał sobie jeszcze więcej w jej oczach.
- Tak, jestem tutaj nowa. Dzisiaj zaczęłam pracę. A co Ciebie tu sprowadza?
- Powiedzmy, że jestem umówiony z twoim szefem.- po raz kolejny zabił ją swoim uśmiechem i zaciągnął się własnym papierosem. Według niej wyglądał w tamtym momencie jak grecki Bóg po przejściach z lekko zmęczonym spojrzeniem. Mimo faktu, że wyglądał na nieźle zmordowanego życiem, co nie wpłynęło znacząco na jego urodę, mogła zauważyć, że był dużo młodszy od jej Leto. Na spokojnie określiłaby go jako dwudziestolatka, ale znając magię operacji plastycznych, mogła się bardzo pomylić.
Nie mówili nic więcej, tylko cieszyli się chwilą spokoju, która za chwile miała zostać przerwana przez upierdliwego „szefa” dziewczyny. Obydwoje powoli dopalali swoje papierosy obserwując dym, który ulatniał się z nich w zwolnionym tempie.
Gerard chciał przerwać tą wcale nie niezręczną ciszę. Cassie zafascynowała go swoją otwartością i miał ochotę poznać ją jeszcze bardziej. Nabrał powietrza w zniszczone nałogiem płuca i już miał coś powiedzieć, ale przerwał mu huk otwieranych drzwi.
****
Denerwował się bardziej niż powinien. Przecież to była tylko zwykła, formalna rozmowa pomiędzy pracodawcą a pracownikiem. I to jeszcze nie on miał brać w niej udział. Bał się, że Shannon powie Cassie prawdę o nim, o jego nawykach podczas trasy. Nie chciał pamiętać o swojej przeszłości, nie chciał wspominać na nowo tego okresu kiedy co noc miał inną kobietę w łóżku. Ten związek z Cass miał zakończyć na dobre jego stary tryb życia. Niestety, brat mógł wszystko zepsuć i doprowadzić o rozpadu, czegoś co mogło go uratować. Po dzisiejszej kłótni wolał spodziewać się wszystkiego co najgorsze.
Miał w planie pójść do nich i wpaść do pokoju w najmniej oczekiwanym momencie pod jakimś durnym pretekstem. Zatrzymywały go tylko resztki godności i instynktu samozachowawczego, nic więcej.
Sięgnął po telefon i zadzwonił do przyjaciela, który akurat przebywał w mieście. Miał dla niego propozycje, która mogłaby naprawić to, co zepsuje Shannon. Powiedział mu, że za chwile powinien się pojawić za halą, obok bocznego wyjścia z obiektu. Dlatego też Jared musiał się w miarę szybko wyszykować.
****
- Hej Gerard!- krzyknął i przytulił artystę. Dawno się nie widzieli, więc taki akt czułości nie był niczym dziwnym.- Postarzałeś się, czy ja tam widzę siwe włosy?- zażartował i przypatrzył się swojemu przyjacielowi. Obok niego zobaczył jakąś postać w cieniu, która próbowała unikać jego spojrzenia.- Cassie? A co ty tutaj robisz…?
- Przyszłam zapalić po rozmowie z twoim bratem.- odpowiedziała krótko i zniknęła w budynku. Nie wiedzieć czemu zbierało jej się na płacz. Przecież nic złego się nie stało, ale widok Jareda rozbroił ją kompletnie. Przed chwilą była jeszcze gotowa go zdradzić, ale tylko jak na niego spojrzała poczuła ogromne wyrzuty sumienia. Był tutaj dla niej, załatwił jej pracę i obronił przed wszystkimi. Miała dość tego, że każdy martwił się o nią i wszystko za nią robił.

Wybiegła z hali nie zostawiając żadnego listu. Chciała zwyczajnie od nich uciec. 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 17- Krótkie momenty skupienia.

Wyszedł z bratem na korytarz cały w nerwach. Nie wiedział co ma mu powiedzieć. Ma skłamać, że ona dla niego nic, a nic nie znaczy? A może powiedzieć, że ją kocha, co też nie było do końca prawdą. Bił się ze swoimi myślami, dopóki nie weszli do osobnej garderoby Shannona. Teraz zacznie się rzeź- pomyślał i usiadł na kanapie naprzeciwko brata. Patrzył jak zbiera on myśli, miał wtedy ten charakterystyczny wyraz twarzy, który zawsze doprowadzał Jay’a do śmiechu. Jednak tym razem się nie śmiał. Wiedział, że jak się chociaż uśmiechnie, zepsuje swój misterny plan. Miał zamiar mu powiedzieć co czuje do tej dziewczyny i, że zabiera ją w trasę mimo wszystko co zostanie powiedziane w tym pokoju. Podjął już decyzję i nie zamierzał jej zmieniać.
- Możesz mi łaskawie wytłumaczyć co ty sobie wyobrażasz smarkaczu?- Shannon zaatakował go od razu.
- Grzeczniej trochę… O co ci chodzi? Jestem tutaj z wami na czas? Jestem. Po co się czepiasz?- Jay przejął od brata ten negatywny nastrój. Nie podobała mu się ta sytuacja, chciał to załatwić najszybciej jak to możliwe i wrócić do Cassie, która była z pewnością zasypywana pytaniami przez Emmę i Tomo. Martwił się, że dziewczyna zrazi się do niego przez to co nagadają jej jego przyjaciele…
- Znikasz na dwie noce pod rząd. To jeszcze jestem w stanie zrozumieć, młody jesteś to się wyszalej, ale teraz wyskakujesz mi tu z jakąś przypadkowo poznaną laską i ona ma zostać twoją asystentką. Aż taka dobra była w łóżku, że będziesz ją ze sobą woził po całym świecie?- nie potrafił opanować swojego ciętego języka. Denerwowała go sytuacja z bratem, że znika na całe noce nie mówiąc ani słowa, ale z tą akcją już przesadził. Przecież doskonale znał jego zdanie na temat kobiet podczas trasy; rozpraszały ich, a powinni być skupieni na swojej pracy, a nie na upojnych nocach spędzonych w hotelu. Oczywiście, przygodne panienki mu nie przeszkadzały, ale nie w godzinach pracy.
- Już postanowiłem, że ją zabieram, a ty nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie. To, że ty nie potrafisz nikogo pokochać, nie znaczy, że ja też mam serce z kamienia!- wykrzyczał bratu prosto w twarz licząc na cios z jego strony. Niestety, Shannon nic nie zrobił. Stał cicho wpatrzony w twarz Jareda. W jego oczach mógł dostrzec żal i zdziwienie, tym co powiedział. W jednej sekundzie zaczął żałować, że aż tak go poniosło… Co ta dziewczyna z tobą robi Jay? Zapytał sam siebie, ale nie potrafił odpowiedzieć nawet sobie. Coś niedobrego działo się w jego głowie. – Ja… Shann, stary przepraszam. Nie chciałem…- tłumaczył się nieudolnie starszemu bratu, który wciąż patrzył na niego tym samym wzrokiem. Po chwili, do jego pustego spojrzenia wkradło się rozczarowanie jego słowami. Czuł się z tym strasznie.
- Gdybyś tego nie chciał, to byś nie powiedział… Chodźmy do nich, zaczną coś podejrzewać.- Shannon skierował się do niego, tak jakby był zupełnie obcym człowiekiem. Jared zauważył w jego oczach łzy, co jeszcze bardziej go dołowało. Jak mógł powiedzieć mu coś tak okrutnego. Shann tak łatwo mu nie wybaczy, o ile w ogóle będą ze sobą rozmawiać tak, jak dawniej.
****
Cassie została sama, rzucona na pastwę losu i towarzyszących jej osób. Z lekkim niepokojem wypisanym na twarzy usiadła obok Emmy, która była jej deską ratunkową, gdyby Tomo postanowił ją jakoś zniszczyć.
- No to Cass, opowiesz nam coś o sobie? Musisz mieć w sobie coś wyjątkowego, skoro nasza diva uznała, że jesteś wystarczająco dobra.- zagaił Tomo i uśmiechnął się do niej. Nie potrafiła określić, czy z miejsca darzył ją jakimkolwiek uczuciem. Jego twarz miała dość przyjazny wyraz, ale z różnych wypowiedzi na forach wyczytała, że jeśli Chorwat się zdenerwuje, to nie ma zmiłuj.  Zrobiła dobrą minę do złej gry i wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. Postanowiła grać miłą osobę.
- Wiecie, staram się dostać na kurs reżyserski, ale do tego potrzeba jakiegokolwiek doświadczenia w branży. Z pomocą przyszedł mi Jared i powiedział, że mogę mu pomóc przy waszym nowym teledysku. Szczegółów jeszcze nie znam, ale się zgodziłam, bo w mojej sytuacji każda rzecz się przyda.- zakończyła jakże piękne kłamstwo. Tak samo jak oni, przed chwilą dowiedziała się, że wyjeżdża z nimi w trasę. Nie, że jej to przeszkadzało, cieszyła się i to bardzo. Ale wiedziała jakie reakcje wzbudzi jej osoba wśród reszty zespołu i MarsCrew…
- To świetnie! Wreszcie jakaś dziewczyna się do nas przyłączy, mówię ci, jak masz z tą trójką wytrzymać dwadzieścia cztery godziny na dobę to możesz bardzo szybko oszaleć.- Emma roześmiała się i szturchnęła lekko dziewczynę. Wydawała się być taka prawdziwa i przyjaźnie nastawiona, że Cassie od razu podłapała jej rozbawiony nastrój. Blondynka chyba była jej jedynym sprzymierzeńcem, nie wliczając w to Jay’a.
- Emma! Bo ją przestraszysz i nie będę miał kogo uczyć moich nowych przepisów…- obruszył się Tomo, ale po chwili śmiał się z nimi w głos. Czyli największą przeszkodą oraz wrogiem był Shannon. Na jej nieszczęście właśnie otworzyły się drzwi garderoby, a w nich pojawił się obiekt jej rozmyślań; starszy brat jej… Pracodawcy. Przy tej wersji powinna na razie zostać, dopóki nie jest z nim sam na sam.
- Zabieramy się do roboty, koncert sam się nie zrobi.- zakomenderował i po chwili już go nie było. Pewnie skierował się w stronę sceny, aby rozpocząć wszystkie przygotowania. Zebrani w pokoju spojrzeli po sobie i dołączyli do wyraźnie zdenerwowanego perkusisty. Emma niemalże w podskokach pobiegła za nim i zaczęła wypytywać o jego widzimisię.
Cassie została w pomieszczeniu sama z Jaredem. Miała tylko parę chwil na to, aby z nim porozmawiać.
- To jadę z wami w trasę, prawda?- zagaiła muzyka.
- Pomyślałem, że to będzie najlepszą opcją. Przepraszam, że tak się o tym dowiedziałaś, ale mam nadzieję, że choć trochę się cieszysz.- uśmiechnął się do niej, czym jak zwykle rozwalił ją na łopatki. Spojrzała w jego oczy o odcieniu błękitu i po raz kolejny w nich zatonęła. Nie wiedziała kiedy ich usta się połączyły, ale nie zależało jej na tym. Mogłaby trwać tak przez wieczność, ale wiedziała, że musi zadać to cholernie nurtujące pytanie. Oderwała się od niego i oparła głowę o jego bark. Czuła się taka szczęśliwa, jednak miała świadomość, że jedno słowo z jego ust i to wszystko się zmieni.
-Jared?- zapytała cicho.
- Co jest?
- Kim ja… Kim dla ciebie jestem?- odważyła się podnieść głowę i ponownie zajrzeć w zwierciadła jego duszy. Nie dostrzegła w nich nic niepokojącego, więc odetchnęła z ulgą i czekała na odpowiedź, która wszystko zmieni.
- Cassie… Zależy mi na tobie i to cholernie mocno. Nie mam pojęcia czy jest to miłość i czy nam to w ogóle wyjdzie, ale… Chcesz zostać moją dziewczyną?- wyrzucił z siebie bardzo szybko i oczekiwał jakiejkolwiek reakcji. Nie był stuprocentowo pewny tego co powiedział, ale warto zaryzykować, bo potem będzie tego żałował przez resztę swojego życia. Uśmiechnął się delikatnie do dziewczyny i popatrzył na nią z niepokojem w oczach.
- No może…. Oczywiście, że zostanę Jay.- powiedziała i ucałowała go w policzek. Była bardziej szczęśliwa niż powinna, co nadawało jej jeszcze więcej energii.
- Zostaniesz tutaj chwilę? Emma do ciebie przyjdzie niedługo i podpiszecie te wszystkie papierki, ja nie mam do tego głowy. Lecę na próbę, trzymaj się mała.- rzucił szybko i wybiegł z pokoju.
Radość rozpierała go całego.  Czuł się jak zakochany nastolatek, wiedział, że może w tej chwili wszystko. Dzisiaj planował spędzić trochę czasu z dziewczyną, lepiej ją poznać. Miał przeczucie, że coś z tego będzie. Chyba po raz pierwszy od czasów Cameron. Uśmiechnął się pod nosem i wszedł na scenę. Przedstawienie czas zacząć…
****
- Dzięki wam wszystkim, byliście wspaniali. Kocham was Anglio!- wykrzyczał resztkami głosu i zbiegł ze sceny. Miał już na dzisiaj wolne. Za dwie godziny wyruszali do kolejnego kraju, kolejnego miasta zagrać koncert po raz kolejny w tej trasie, która zdawała się nie mieć końca. Oczywiście, nie planowali pobić swojego rekordu, ale z dwa lata im zejdzie. Wparował rozradowany do garderoby i szybko wskoczył pod prysznic. Chciał się odświeżyć, żeby nie witać dziewczyny w swoim ociekającym potem, „koncertowym” obliczu.
Strużki chłodnej wody spływały po jego ciele tworząc cieniutkie ścieżki. Zazwyczaj pomagało mu to zebrać myśli, ale te jak uparte nie potrafiły ułożyć się w odpowiednich dla nich przegródkach. Notorycznie powracały wspomnienia z rozmowy z bratem. Nie miał pojęcia dlaczego zachował się jak skończony idiota. Może to wina Cassie? Zapytał sam siebie. Boże, Jared uspokój się i przestań obwiniać tą dziewczynę. Nic ci nie zrobiła, tylko zakręciła w twoim pustym łbie. Pogódź się z tym.
Wyszedł spod prysznica i zawiązał ręcznik wokół swoich wąskich bioder. Wciąż był mokry, ale nie przeszkadzało mu to, aby opuścić swoją garderobę i przemknąć się do wspólnego pomieszczenia. Na szczęście, zastał tam tylko Cassie, która siedziała odwrócona do niego tyłem.  Uśmiechnął się i objął ją od tyłu. Wzdrygnęła się, po czym odwróciła twarz, na której zagościł prześliczny uśmiech.
- Już po? Boże… te papiery mnie wykończą, a wolę wszystko przeczytać, to moja pierwsza praca…- powiedziała dość zmęczonym głosem.
-Ej, kochanie, to ja tutaj skakałem i śpiewałem przez dwie godziny z rzędu.- zaśmiał się i pocałował ją w czoło. Kochała te jego drobne, czułe gesty.
- Oj panie Leto… Kusisz mnie, kusisz. Musiałeś przyjść tutaj prosto spod prysznica, prawda? Nie byłbyś sobą?- zapytała zawadiacko. Nie miała pojęcia skąd się u niej wzięły takie odzywki. Zazwyczaj była dość grzeczną osobą, spokojną i wstydliwą. Jak ten mężczyzna na nią działał…
- O proszę… Przejrzałaś mnie na wylot, nie ma co, poddaję się.
Nagle ich amory zostały przerwane przez szybkie otworzenie drzwi. Jared machinalnie odskoczył od dziewczyny i stanął z rękami podniesionymi przy głowie. Nie przemyślał tego za bardzo, bo w efekcie jego szybszych ruchów, ręcznik postanowił opaść na podłogę i zostawić mężczyznę takiego, jak go pan Bóg stworzył. Nie było to zbyt korzystne dla niego, ponieważ do pokoju wszedł nie kto inny, jak jego ukochany braciszek, który i tak nie miał dobrego zdania na temat dziewczyny. Jednak zdawał się kompletnie nie zwracać uwagi na Jareda. Nie zaszczycił go nawet jednym, pogardliwym spojrzeniem.  Zwrócił się tylko do dziewczyny.
- Cassie, wyjeżdżamy za dwie godziny, więc za godzinę powinnaś być spakowana i mniej więcej gotowa, dasz radę?- zapytał ją, a w jego głosie nie wyczuła specjalnej wrogości. Nie uśmiechał się, nie był zadowolony czy rozbawiony. Zachowywał pełny profesjonalizm. To jej pasowało.
- Pewnie, tylko skończę podpisywać umowy i zaniosę je do Emmy.. Pomóc tobie w czymś?-zapytała z czystej uprzejmości. Chciała go też lekko ułaskawić, widziała napięcie między nim a Jay’em. Było prawie namacalne.
- W sumie to… Tak… Jak już oddasz to wszystko Emmie to przyjdź do mojej garderoby.- uśmiechnął się podejrzanie i równie szybko jak się pojawił, wyszedł z pomieszczenia.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą i dopiero teraz zobaczyła co się dzieje tuż obok niej. Jay stał osłupiały, jednak to nie było najdziwniejsze. Był wciąż nagi i nie zapowiadało się, aby miał się za chwile ubrać. Był w istnym szoku, tego co się tutaj przed  chwilą wydarzyło. Miała teraz idealną okazję by przypatrzeć się swojemu chłopakowi.
To, że miał idealnie wyrzeźbione ciało już dawno zdążyła zauważyć. Kropelki wody uwydatniały to jeszcze bardziej niż powinny. Wyglądał jak grecki Bóg i nikt nie powinien być w stanie temu zaprzeczyć. Każdy mięsień, był idealnie wypracowany, tak że łączny efekt powalał na kolana. Sama świadomość, że widzi bożyszcza nastolatek zupełnie nagiego, kompletnie ją dziwiła. Zeszła wzrokiem niżej na brzuch. Mogłaby się rozpływać nad nim latami, ale coś ciągnęło ją, aby spojrzała w dół. A tam…
- Przepraszam! Czuję się molestowany, wychodzę!- zaśmiał się Jared i bez skrępowania podniósł ręcznik leżący na podłodze. Starał się nie pokazywać jak bardzo boi się rozmowy Cassie i jego brata. Wolał zająć głowę tym, że stał przed nią kompletnie nagi.

- Oj już się tak nie krępuj Leto.- krzyknęła za nim jak wychodził z pokoju i odprowadziła go wzrokiem. Teraz zostało jej dokończyć papiery i udać się do Shannona. Obawiała się tego straszliwie. W razie czego, zawsze może powiedzieć mu co o nim myśli. Z takim postanowieniem zabrała się do dalszej pracy…
****
Tyle ode mnie :) 
Zapraszam do wszelkich opinii i komentarzy, następny rozdział za tydzień.
Mogę wam w tajemnicy powiedzieć, że zbliżamy się do końca ff ;)
*MarsHugs*

poniedziałek, 31 marca 2014

Rozdział 16- Mieć czy być?

Po obiecanych dziesięciu minutach pojawił się pod jej domem. W piżamie, z rozczochranymi włosami; zupełnie nie jak wielki pan Jared Leto. Teraz liczyła się tylko Cassie i to co do niej czuł. Nie wiedział czy to była miłość, współczucie, czy po prostu chęć opieki nad nią. Nie obchodziło go to, że nie powinni się nawet znać.
Nie musiał długo stać przed drzwiami i wzbudzać zainteresowania sąsiadów. Dziewczyna otworzyła mu tylko jak dotarł do wejścia do budynku. Miała bladą, zapadniętą twarz i dość duże wory pod oczami sugerujące fakt, że przepłakała cały ten czas od owego spotkania aż do teraz.
Nie mówiąc nic wziął ją w ramiona i po chwili niósł ją po schodach do jej sypialni. Nie miał pojęcia gdzie się znajduje, ale za którymś razem trafił. Cassie nie była w stanie go nakierować, bo wtuliła się w niego najmocniej jak potrafiła i nie kontaktowała ze światem zewnętrznym. Położył ją delikatnie na łóżku i otulił kołdrą. Sam usadowił się tuż obok i zaczął ją uspakajać. Nie mógł pozwolić, aby po raz kolejny wpadła w histerię. Nie przy nim.
- Już jestem przy tobie kochanie… Spokojnie będzie dobrze- wypowiadał te słowa nie wierząc w nie zbytnio. Jak może być dobrze kiedy ktoś krzywdzi osobę, którą on… No właśnie. Czy on ją kocha? Czy to nie jest kolejne przelotne uczucie mające na celu pozwolić mu zapomnieć o Cameron?
Teraz naszły go te wszystkie wątpliwości ukrywane wcześniej pod tą ogromną dawką adrenaliny związanej z sytuacją. W co on się wpakował? Ale zaraz, jeszcze nie jest za późno, może ją zostawić i wrócić do hotelu. Przeraził się nagle odpowiedzialnością, która na niego spadła. Po raz pierwszy od ładnych paru lat miał kogoś, kim miał się zaopiekować i o niego zadbać.
Już miał wstawać, uciekać i zostawić ją samą sobie. Przez pierwszych parę dni może i miałby te wyrzuty sumienia. Potem by zniknęło, on rzuciłby się w wir pracy, koncertów. Nikomu by o niej nie powiedział i cierpiał w samotności, zresztą jak zawsze. Nie zwierzał się z takich spraw nawet bratu. Zresztą, on też mu nic nie mówił. Niby takie wspaniałe rodzeństwo, przykładne i idealne. Nie kłócą się przy mediach, nie mają żadnych skandali. Taka była wersja dla gazet plotkarskich i ich matki. Prawda była zupełnie inna.
Pomijając wszystkie sprzeczki o jakieś codzienne pierdoły, często dochodziło wśród nich do awantur. Był taki czas, że w ogóle nie odzywali się do siebie poza kamerami i koncertami. Chyba poszło wtedy o dziewczynę. To był ostatni raz kiedy rozmawiali o sprawach sercowych. Każdy miał swoich znajomych, tylko Tomo mógł się zwierzyć każdemu z nich. On był jedynym, który trzymał tem zespół razem i za to Jared był mu dozgonnie wdzięczny.
Musiał zakończyć rozmyślania nad jego chorym psychicznie bratem i wrócić do zastanawiania się, czy zachować się jak zawsze, czy może zostać z nią do końca. Dylemat był dla niego tak ogromny, że nie zauważył jak dziewczyna przestała szlochać i zaczęła mu się przyglądać.
- Myślisz o zostawieniu mnie tutaj, prawda?- jej cichy, słaby głos przerwał jego rozmyślania. Jak ona mogła go przejrzeć… Przecież nigdy nikomu się to nie udało.- Widzę to w twoich oczach, Jay.
- Cass…- nie wiedział jak zacząć rozmowę. Czuł się nieswojo po tym co mu powiedziała. Musiał koniecznie opracować nową technikę ukrywania swoich prawdziwych zamiarów.- Nigdy nie mógłbym zostawić cię samej w takim momencie. Opowiesz mi co się dokładnie stało?- czuł się podle. Jak największa męska świnia na świecie. Dziewczyna przeżywała w tym momencie jedne z najtrudniejszych chwil w jej życiu, a on myślał o zostawieniu jej samej sobie. Gratulacje Jared, dostałeś medal idioty.
****
Obudził ją jakiś dziwny ciężar napierający na jej bok. Przeraziła się, nawet bardzo. Nie przypomina sobie, aby zasypiała oglądając serial do późna, więc wersja, że to komputer odpadała. Spróbowała się odwrócić na drugi bok, aby zobaczyć co uciskało ją tak mocno. Niestety, to też jej się nie udało. Spojrzała w dół i na swoim brzuchu ujrzała dużą, męską dłoń. Momentalnie przypomniały jej się wszystkie wydarzenia z wczorajszego dnia. Były chłopak, jej parogodzinny płacz i Jared, w którego oczach wyczytała wszystko to czego się obawiała. Łzy napłynęły jej do oczu na samo wspomnienie jego spojrzenia. Jednak postanowiła mu zaufać i uwierzyć w szczerość jego intencji. Przecież został z nią całą noc i do niczego nie doszło, musiało mu choć trochę zależeć na jej osobie. Z taką nadzieją w głowie wydostała się z jego objęć i spojrzała na mężczyznę, leżącego w jej łóżku.Wyglądał tak uroczo zawinięty w różową kołdrę w małe kwiatuszki. Zrobiłaby mu zdjęcie, ale dźwięk spustu migawki mógłby obudzić jej towarzysza.
Skierowała się do łazienki i obmyła się z trudów wczorajszego dnia. Wyglądała jak siedem nieszczęść, a dzisiaj miała poznać najważniejszą osobę w życiu jej… Właśnie… On był jej chłopakiem, znajomym, czy przyjacielem, z którym się całuje i właśnie poznaje jego rodzinę. Przy najbliższej okazji musiała się dowiedzieć na czym stoją, bo w tej chwili nie miała zielonego pojęcia.
Skończyła brać prysznic i szybko wysuszyła włosy, ułożyła je i nałożyła lekki, delikatny makijaż. Dochodziła godzina ósma rano, więc powinna już obudzić Jareda ze snu. Weszła po cichu do pokoju i zastała go odwróconego do niej plecami, w samych bokserkach przeklinającego na cały świat. Musiał tak zasnąć, bo patrząc na obcisłość jego dżinsów, nie dałby rady spać w nich ze spokojem.
Oparła się o framugę drzwi i podziwiała jak wraz z poruszaniem się Jay’a jego mięśnie napinają się i rozluźniają. Wyglądało to jak jakaś sztuka, nie mogła uwierzyć, że stoi tuż obok niego i ma możliwość podziwiania tego co się dzieje tuż przed jej oczami. Chciała podejść, dotknąć i przekonać się czy to na co patrzy jest naprawdę prawdziwe, czy może dzieje się to w jej chorej głowie.
Na jej nieszczęście, a może też i szczęście odwrócił się do niej i uśmiechnął się szeroko.
- Tak się zastanawiałem czy moja księżniczka poszła się umyć, czy ode mnie uciekła.- powiedział ze śmiechem i podszedł do niej. Zostawił delikatny pocałunek na jej czole i sam poszedł pod prysznic.
Za parę godzin zaczynało się meet and greet, więc po dziewiątej powinien być na hali i przygotowywać się z resztą do koncertu. I tak wiedział, że dostanie ochrzan od starszego brata, który uwielbiał bawić się w ojca rodziny. Zawsze pouczał Jareda co powinien robić, a czego mu nie wypada. Sam oczywiście nie był w żadnym stopniu święty, ale uważał się za lepszego od Boga. Jay często się z niego śmiał, że to przez kryzys wieku średniego zrobił się taki zdziadziały, ale wtedy dochodziło już do rękoczynów ze strony Shannona. Innymi razy dogryzał mu, że to wszystko przez brak odpowiedniej dziewczyny, co by go utemperowała i postawiła do pionu. Po takich tekstach zostawał dosłownie mordowany spojrzeniem starszego brata. Mimo, że nie chciał się z nim  kłócić aż tak bardzo, bawiło go zachowanie zdenerwowanego Shanna. Brat go śmieszył całą swoją zakręconą osobą.
Wyszedł spod prysznica świeży i zadowolony. Spojrzał w lustro i tylko jak zobaczył swoją twarz dostał nagłego ataku wstrętu do własnej osoby. Jak śmiał pomyśleć takie rzeczy o dziewczynie, która mu bezgranicznie zaufała. Czuł się strasznie z tym, że miał czelność rozważać, żeby wyjść z jej domu i tak po prostu ją zostawić. Może te wszystkie wątpliwości odpadły na niego tak nagle, że nie mógł sobie z tym poradzić, czy to przez jego paskudny charakter. Brat pewnie by postawił na drugie, przecież zawsze wspierał Jareda w podjętych przez niego decyzjach. Pomyślał z przekąsem i poszedł owinięty ręcznikiem do pokoju zajmowanego przez dziewczynę. Zastał ją siedzącą na łóżku z podkulonymi nogami i komputerem znajdującym się na nich. Widać było, że coś namiętnie czyta, bo jej wzrok biegał od jednego końca ekranu do drugiego i tak w kółko.
Ze śmiechem podszedł do niej i usiadł tuż obok. Musiał się trochę powyginać i cudem objął zajętą komputerem dziewczynę. Spojrzała na niego przelotem i wróciła do studiowania tego, co tak bardzo ją absorbowało.
- Zamierzasz tak iść na koncert?- zapytała go w przerwie w przeglądaniu Internetu.
- Wiesz, takie widoki są zarezerwowane tylko dla ciebie.- powiedział zalotnie i musnął ustami jej odkrytą szyję co spowodowało dreszcz, który przeszył całe jej ciało. Starała się zachować jako taki spokój i nie poddawać się urokowi słynnego Leto. Wyswobodziła się z jego objęć, co wywołało śmiech u mężczyzny. Patrząc na jego zachowanie miał on ochotę na niektóre rzeczy, dość przyjemne, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Nie w pierwszych dniach znajomości.
- Po tym co widziałam w Internecie, do tych widoków ma najczęstszy dostęp Terry Richardson.- odpaliła, byle żeby zmienić temat na coś mniej jednoznacznego. Wolała aby się na nią w tej chwili obraził, niż rzucił i zrobił rzeczy, na które tak czekała.
Od zerwania z pamiętnym chłopakiem i wypadku nie miała żadnego kontaktu z mężczyznami. Była zielona w tych sprawach i bała się na razie to zmienić. Jeszcze nie była psychicznie gotowa na takie ekscesy, ale przy tym facecie to kto wie. Może mu ulegnie jak każda zresztą.
-Phi… Lepszej riposty nie umiałaś znaleźć? Pamiętaj, przed urokiem Leto nie ma ratunku, raz wpadniesz i już się nie wydostaniesz.- zaśmiał się i położył się tuż obok niej.
- Jak ma na mnie zadziałać twój urok, jeśli będziesz za chwilę martwy bo nie pojawiasz się na hali?- zaśmiała się z mężczyzny i wstała odkładając komputer na szafkę. Objęła już taktykę radzenia sobie z młodszym, więc miała nadzieję, że na starszego również podziała. Przez te wszystkie problemy osobiste kompletnie zapomniała, że Shannon jest chwilami niezrównoważony i nie wiadomo jak ją przyjmie. Zanim Jared wparował pół nagi do jej pokoju czytała wypowiedzi fanów na temat spotkań z perkusistą. Oczywiście, dla nich mógł zachowywać się nawet jak Matka Teresa, ale jak Cassie mu się nie spodoba może ją zniszczyć jednym słowem wypowiedzianym w stronę Jay’a na jej temat. Tego bała się najbardziej. Nie chciała, aby Jared zostawił ją przez słowa tego idioty. Już wolała zostać porzucona przez to co robiła niż przez jakieś plotki i pomówienia. Co to to nie.
****
Wysiedli tuż przed halą i mimo wielkich kolejek do niej, nikt nie zwrócił na nich większej uwagi. Widok faceta w bluzie od dresu i niebieskich spodniach od piżamy nie zrobiła na nich żadnego wrażenia. Zabawne, że ich największy idol mógł przejść obok nich zupełnie niezauważony. Jednak ślepota ludzi w dzisiejszych czasach jest przerażająca.
Kiedy znaleźli się już w obiekcie gdzie miał odbyć się koncert jej przerażenie zaczęło rosnąć na sile. Wszędzie kręciło się mnóstwo ludzi, którzy patrzyli na nią jak na intruza wdzierającego się na ich terytorium. Uśmiechała się do nich blado, a oni odpowiadali jej tymi sztucznie wymuszonymi wyrazami twarzy mającymi przypominać uśmiech. Nie wychodziło im to najlepiej. Skierowali się w stronę, gdzie znajdowały się garderoby, a ona ze stresu poczuła się słabiej. Nie uszło to pilnej uwadze Jareda, który patrzył na nią badawczo odkąd znaleźli się w korytarzach poświęconych dla artystów i personelu. Pokiwała głową na znak, że wszystko jest jak w najlepszym porządku co strasznie mijało się z prawdą, ale nie chciała go dołować jeszcze bardziej. I tak miał stres przed spotkaniem z bratem, który chyba był dla niego dość dużym autorytetem.
Weszli do garderoby opatrzonej znakiem Marsów. W środku siedziały trzy postacie i zawzięcie o czymś dyskutowały. Na ich widok umilkli, a atmosfera zrobiła się dość nieprzyjemna. Wszyscy patrzyli na Cassie z niemym pytaniem „kto to do cholery jasnej jest” wypisanym na ich twarzach. Już miała uciekać, biec jak najdalej od nich, kiedy odezwał się Jared, jej wybawca.
- Słuchajcie wszyscy to jest Cassie, moja….- tu zawahał się chwilę. Nie miał pojęcia co ma im powiedzieć. Postawił na coś bezpiecznego, najwyżej później się jej wytłumaczy o co mu chodziło.- Nowa przyjaciółka.- wybrnął.- Cassie, to jest Shannon mój ukochany starszy braciszek, tamten dziwny mężczyzna obok niego to Tomo, a tam siedzi mój większy i mądrzejszy mózg, Emma.
Nie poszło aż tak źle. Emma zdobyła się nawet na to, żeby podejść do dziewczyny i uścisnąć jej dłoń. Jedynie ona wydawała się nie szufladkować jej jako potencjalnego zagrożenia. Jej uśmiech był szczery, przynajmniej taką nadzieję miała Cassie.
-Jared, kolejny nowy członek Mars Crew? Nie za dużo ich ostatnio zatrudniłeś?- jak zwykle uprzejmy Shannon okazał swoją delikatność i dyskrecję. Jay miał ochotę go zadźgać tępym nożem na oczach wszystkich fanów perkusisty. Na razie ograniczył się do zaciśnięcia pięści i uśmiechu pełnego skrywanej nienawiści do brata.
- Nie kochany, tym razem nie. Chciałem aby pomagała nam przy teledyskach, wiesz mój główny asystent i zastępca.- jego promienny uśmiech zbił wszystkich z tropu. Jednak potrafił być dobrym aktorem jeśli tego bardzo chciał. A macie krytycy. Pomyślał i zaśmiał się w duchu z własnej dziecinności.
- Och, to wspaniałe bracie. Pozwolisz, że zamienię z tobą słowo na temat naszego koncertu, który gramy dzisiaj i mam nadzieję, że o tym pamiętasz. Twoja urocza towarzyszka zostanie na tą chwilę z Tomo i Emmą,  jeśli pozwolisz.- Shannon wycedził przez zęby i uśmiechnął się tak sztucznie, że chyba pobił tym biust nie jednej aktorki filmów pornograficznych.

Wyszli razem na korytarz i Jared już wiedział, że nie szykuję się kolejna przyjacielska pogawędka z braciszkiem.
****
Tyle ode mnie, długo mnie nie było i mam nadzieję, że się podoba ;)
Zapraszam do wszelkich opinii i komentarzy :) 
*MarsHugs*

czwartek, 27 marca 2014

WAŻNE

Hej kochani, 
Co do następnego rozdziału to na razie się nie pojawi. W większości jest to spowodowane brakiem czasu, mnóstwem nauki, ale chyba najbardziej brakiem weny. 
Jakoś nie potrafię się ponownie wczuć w te postacie. Przepraszam, ale nie dam rady, a nie chcę pisać byle czego na siłę :)
Na razie zapraszam do przeczytania mojego drugiego ff, na którym rozdziały zamieszczam w miarę regularnie.
*MarsHugs* 

sobota, 15 marca 2014

Rozdział 15- Wake me up.

Tak bardzo pragnęła, aby to nie był kolejny sen. Nie chciała obudzić się z łzami w oczach i wokół siebie ujrzeć tylko tą wieczną pustkę. Patrzeć jak wszystko dookoła niej ucieka i jedyne co zostaje to tęsknota, za tym czego tak naprawdę nigdy nie miała. Dawała sobie miliony szans na poznanie kogoś wartościowego, a kiedy właśnie taki ktoś stał tuż obok niej i całował ją czule w usta nie potrafiła go rozpoznać. To jak błądzenie we mgle, ciągłe poszukiwanie szczęścia w świecie pełnym wojen i krwi rozlanej za jakieś chore przekonania. Jedyne czego teraz potrzebowała to to, że kiedy po raz kolejny otworzy oczy ujrzy go przed sobą z takim samym uśmiechem jak wcześniej. Facet z jej snów stał tuż przed nią i czekał na jakąkolwiek odpowiedź. Nie wiedziała, czy powinna iść za głosem serca, czy posłuchać rozumu. Oczywiście nie mogła zapomnieć, że ten pierwszy wprowadził ją w śpiączkę. Bała się zaufać sobie samej na tyle, aby pozwolić sobie zakochać się w kimś ponownie.
Uznała, że powinna się jakoś odezwać. Powiedzieć mu cokolwiek, nie chciała żeby pomyślał, że ona go nie potrzebuje. Prawda jest zupełnie odwrotna. Potrzebowała go jak powietrza, był jedynym, który nie patrzył na nią przez pryzmat śpiączki. Zauważył w niej więcej niż ładną buzię i wzruszającą historię. Potraktował ją jak człowieka, a nie zlepek historii i niepowodzeń. Nie obchodziło jej już to, że zna go dwa dni, że jest sławny i pewnie zostawi ją po tygodniu związku. Liczyło się tu i teraz, nawet jeśli ich uczucie jest czymś przelotnym i mało trwałym. Chciała go całą sobą.
- Jay… Może, może ty masz rację…- wydusiła z siebie te słowa i spojrzała w jego piękne błękitne oczy. Nie widziała w nich litości ani smutku, czy zrezygnowania. Wydawał się być szczęśliwy.
- Zapamiętaj, ja zawsze mam rację.- odpowiedział jej z uśmiechem na twarzy, który nie chciał z niej zejść.
****
Jutro miał się odbyć koncert, na który została zaproszona. Stresowała się delikatnie, bo właśnie tam pozna Shannona, który podobno nie przepadał za towarzyszkami brata. Nie wiedziała jak ma się ubrać, a całe wydarzenie miało być za  dwadzieścia godzin. W między czasie umówiła się z jedyną osobą, która zna konkretne przyczyny jej samobójstwa. Szczerze to nie mogła określić, którego spotkania obawiała się bardziej.
Mieli pójść do kawiarni i pogadać o wszystkim co między nimi zaszło. Jednym słowem ona chciała się dowiedzieć i oczyścić swój umysł od ciągłego zastanawiania się nad tym co się wydarzyło. Zdecydowała się na normalny, luźny strój. Założyła zwyczajne czarne spodnie i koszulkę, którą dostała od Alex jak wyszła ze szpitala. Był to luźny, czarny t-shirt z nadrukiem przedstawiającym tygrysa. Kochała ten element swojego ubioru i gdy tylko mogła zakładała go.
Wyszła z domu i wsiadła do auta. Miała jeszcze piętnaście minut do spotkania w kawiarni, która znajdowała się tylko parę kilometrów od jej domu. Powoli dojeżdżała w umówione miejsce, a przy stoliku zauważyła tego, przez którego to wszystko się zaczęło. Zmienił się i wcześniej nie zdawała sobie sprawy jak bardzo człowiek może się zmienić przez trzy lata. Wcześniej był typem skatera, ubierał się na luzie, a teraz przed jej oczami siedział dorosły mężczyzna w skórzanej kurtce i czarnych spodniach. Włosy miał względnie ułożone, a pamiętała go z burzą loków rozwianych we wszystkie strony.
Siedziała tak sparaliżowana w samochodzie przez dobrych pięć minut nie mogąc się zebrać w sobie. Postanowiła wysiąść i załatwić to szybko. Na sam jego widok robiło jej się niedobrze, a co dopiero będzie się z nią działo, kiedy ten oto człowiek otworzy usta i coś powie. Weszła ze zdecydowaną miną do kawiarenki, a on odwrócił się w jej stronę. Spojrzał na nią niepewnie i wstał. Kiedy do niego podeszła nastała niezręczna cisza, a on wyciągnął w jej stronę rękę. Uścisnęła ją i wymusiła na swojej twarzy udawany uśmiech.
- Cześć Cass, co tam u ciebie?- zaczął niezręcznie rozmowę. Oczywiście, zawsze starał się być tym świętym. To akurat pamiętała.
- Co u mnie? Hmmm.. Wiesz, leżałam trzy lata w szpitalu, nie miałam kontaktu z rodziną, przyjaciółmi. Nic niezwykłego, a u ciebie?- w jej głosie można było wyczuć rosnącą coraz to bardziej wściekłość. Wiedziała już dlaczego tak na niego reagowała. Był najbardziej wkurzającą osobą na ziemi. Myślał, że jak zapyta co u niej to wszystko minie, a on będzie mógł wyjść z sytuacji czysty.- Ale nie spotkaliśmy się po to, aby rozmawiać o tym jak bardzo jest ci mnie żal. Chcę się dowiedzieć czegoś o mojej przeszłości, a ty wiesz o niej najwięcej. Zamieniam się w słuch.- słyszała jak głośno przełyka ślinę i bierze głęboki wdech. Zaczyna się opowieść.
- Ehh… Nie jest mi przyjemnie o tym opowiadać, więc postaram się streścić. Jak już wiesz, byliśmy razem i wszystko zapowiadało się świetnie. Kochałem cię całym moim sercem i ty mnie chyba też. Tylko, że ja jak się poznaliśmy miałem dziewczynę. Obydwoje darzyliśmy się uczuciem, więc mimo tego, że byłem z kimś związany to byłem z tobą. Codziennie mówiłaś mi, że masz już dość, a ja powinienem wybrać. Czułaś się jak kochanka, wątpiłaś w moje uczucia, ale ja naprawdę cię kochałem. Pewnego dnia powiedziałaś, że to już koniec i nie będziesz kolejny raz wysłuchiwać moich kłamstw. Zerwałaś ze mną, a ja zostałem z tą drugą. Zachowywałem się wtedy jak idiota i za to cię przepraszam, chociaż wiem, że nie mogę cofnąć czasu. Przyjaźniliśmy się jeszcze przez jakiś czas, ale ja podczas naszych rozmów cały czas mówiłem ci o tej drugiej. Nie miałem serca z nią zerwać, bo groziła mi, że się zabije. Nawet nie masz pojęcia jak wielkim ciosem było dla mnie to, że chciałaś zrobić to samo. Chyba cię to wszystko przerosło, całe te życie w kłamstwie, ukrywanie się. Nie mogliśmy nawet dać sobie buziaka w parku, bo byłem takim idiotą… Gdybym tylko wiedział, że ona nie jest warta mojego zachodu, nigdy bym się tak nie zachował  w stosunku do ciebie. – skończył. W jej oczach zauważył łzy. Domyślał się, że się rozpłacze, będzie na niego krzyczeć, ale ona zawsze była inna. Nigdy przy nim nie płakała, starała się ukrywać uczucia w sobie. Nawet podczas jednej z ich największych kłótni nie płakała, nie krzyczała. Wtedy uderzyła go po raz pierwszy i ostatni. Niedługo po tym zerwała i jeszcze później urwał się kontakt. Potem dowiedział się o jej próbie samobójczej.
Dziewczyna nie wiedziała co ma myśleć o tym idiocie. Nie miała pojęcia dlaczego tyle z nim wytrzymała. Nic mu na to nie odpowiedziała, nawet na niego nie spojrzała. Wstała i szybko wyszła z kawiarni. Miała  już dość wrażeń jak na jeden dzień.
Wsiadła do auta i pośpiesznie pojechała do domu. Nie zamierzała płakać w aucie jak jakaś porzucona idiotka. Nie będzie się zniżać do takiego poziomu. Starała się z dumą przejść do budynku, ale gdy tylko zamknęła drzwi zalała się łzami.
Nie pamiętała ile godzin już przepłakała. Była straszliwie głupia, jeśli wytrzymała z tym człowiekiem tyle rzeczy bez żadnego mrugnięcia czy większego sprzeciwu. Z jednej strony cieszyła się, że to wszystko się wydarzyło, bo dzięki temu poznała Jay’a i mogła z nim dzielić swoje emocje, odczucia. Ale z drugiej czuła się jak dziwka. Tak, czuła się dziwką, kochanką, czy kurwą. Jak kto woli. Miała sobie za złe, że była ślepa na jego gierki i wiernie trzymała się jego boku.
Gdyby nie jej wrodzony spokój i opanowanie, z pewnością przyłożyłaby mu porządnie w tej kawiarni. Tak bardzo chciała znać prawdę i poznała.
- Proszę bardzo Cassie, szczęśliwa?- zapytała siebie z jawną ironią w głosie. Daleko jej było do szczęścia.
Przez tego idiotę zapomniała kompletnie o jutrzejszym koncercie i spotkaniu z resztą zespołu. Pomyślała, że wymyśli coś jutro, a teraz weźmie gorącą kąpiel i położy się spać.
- Nie będzie aż tak źle… Shannon to nie jakiś potwór, tylko brat człowieka, który wywołuje uśmiech na twojej twarzy. Głowa do góry kochana…- powiedziała do siebie tuż przed zaśnięciem.
****
- Shannoooooon chodź tu do mnie chcę ci coś powiedzieć.- Jared jak zwykle subtelnie zawołał brata przez telefon. W odpowiedzi usłyszał tylko zbiór przekleństw, a po chwili rozległo się pukanie do jego drzwi. Podszedł do nich z uśmiechem i szybko je otworzył. Tak jak przewidział, Shann opierał się o nie, przez co prawie upadł, czym wywołał salwy śmiechu u swojego młodszego braciszka.
-Mam nadzieję, że to coś ważnego… Przerwałeś mi oglądanie filmu.- Shannon powiedział do niego zamiast przywitania. Nie był zachwycony wysłuchiwaniem kolejnego szalonego pomysłu Jareda, tuż po tym jak brat wrócił z półtora dniowej włóczęgi, o której nawet nic nie wspominał. Po prostu się pojawił i ignorował wszelkie pytania co do tego co tam takiego wyprawiał.
- Lepiej usiądź, bo to co ci powiem nieźle cię zaskoczy.- oho, zaczyna się. Tak jak Shannon zakładał. Pewnie nowy pomysł rozpowszechniania zespołu. Jednak posłuchał brata i zrobił to, co mu powiedział. Mierzyli się przez chwilę spojrzeniami, kiedy Jared szybko wypalił.- Poznałem kogoś.
- Ale, że na jedną noc i chcesz mi dać jej numer, bo aż taka dobra w tych sprawach, czy może ta jedna jedyna?- niewiele myśląc zapytał go Shann. Miał dość chwilowych miłostek braciszka.
- Wspiąłeś się na wyżyny dowcipu, naprawdę. Powinieneś założyć kabaret „Zabawny karzeł Shannon zaprasza do wspólnej zabawy”.- odparował wkurzony Jared. Zawsze,  za każdym razem bnrat kpił z jego dziewczyn. Niestety przy większości miał racje, ale jakim prawem mówił tak o Cassie. Może dlatego, że jej nie znał Dziadzie? Zapytał sam siebie w myślach.
- A mój braciszek jak zwykle uroczy. Kiedy ją poznam?- Shann walił prosto z mostu. Chciał wiedzieć, czy to kolejne chwilowe zauroczenie.
- Tak się składa, że zaprosiłem ją na jutrzejszy koncert.
- Czyli to prawda co piszą w gazetach… Mój brat oszalał.- zaśmiał się  Shannon za co oberwał poduszką. Wciąż się śmiejąc wyszedł z pokoju i zostawił zdenerwowanego brata samego sobie. Może napisze jakąś nową piosenkę.
****
„Do zobaczenia jutro, mam nadzieję, że ci się spodoba, Jay”
Naskrobał szybkiego smsa i poszedł wziąć prysznic. Musiał przyznać przed samym sobą, że nigdy wcześniej się tak nie stresował przed koncertem. Chciał wypaść jeszcze lepiej niż zazwyczaj, więc przedłużył swój rytuał higieny o nadprogramowe czynności. Może się to wydawać śmieszne, ale kiedy wiedział, że jest w stu procentach czysty, był dużo pewniejszy siebie.
Miał swoje małe „wspomagacze” przed występami, z których nie omieszkał nie skorzystać i tym razem. Umyty, ogolony i pachnący położył się do łóżka i wziął telefon, aby posprawdzać kto do niego napisał. Musiał przyznać, że od czasu do czasu wchodził na różne fora plotkarskie o nim. Najczęściej używał nicku ShannonsBitchForever wymyślonego przez obydwu braci podczas jakiejś hucznej imprezy.
Kolejne plotki na temat jego orientacji seksualnej. Niektórzy uważali go za krypto geja o heteroseksualnym nastawieniu, a reszta za jedną wielką hybrydę wszystkich odłamów seksualnych.
I tak najbardziej bawiły go niektóre fanfiction, w których czytaniu lubował się Shannon. Po prostu kochał naśmiewać się z miliona wyobrażeń na temat wielkości sprzętu jego brata. Jared oczywiście czytał tylko te opiewające świetność jego brata i śmiał się z przedstawiania go jako zagubionego w życiu romantyka pod przykrywką brutalnego zwierzęcia. Niektóre opisy zwalały go z miejsca, na którym obecnie siedział. Chyba o największe spazmy ze śmiechu przysparzał go zwrot „ich języki walczyły o dominacje”. Jak on miałby czytać jakieś erotyczne opowiadanie, to przy tym zdaniu całe jego podniecenie by wyparowało.
Oczywiście były też miliony normalnych ludzi piszących o nich całkiem dobrze przemyślane historie, ale zabawniejsze były te napalone dziewczynki opisujące każdy mięsień jego ciała.
Rozmyślałby o tym wszystkim, dopóki by nie zasnął lecz przerwał mu telefon od Cassie. Zaskoczony, że dziewczyna jeszcze nie śpi odebrał i jej przerywany oddech. Przeraziło go to nie na żarty.
- Cassie? Co się stało?- zapytał dziewczynę.
- Jared… Ja, ja nie mogę spać… Dowiedziałam się dlaczego to sobie zrobiłam i…-reszty wypowiedzi nie był w stanie usłyszeć, ponieważ szloch dziewczyny rósł na sile.

- Daj mi dziesięć minut, zaraz u ciebie będę.- zdołał powiedzieć i szybko się rozłączył. Z jednej strony chciał jej pomóc się uspokoić, a z drugiej zżerała go niesamowita ciekawość co się stało…
****
Trochę się z tym namęczyłam, jest strasznie osobisty i ryczałam przy jego pisaniu, więc mam nadzieję, że się spodoba choć trochę :)
mi niezbyt przypadł do gustu, ale obiecuję, że następny będzie lepszy
zapraszam do opinii i komentarzy :) 
*MarsHugs*

czwartek, 13 marca 2014

Rozdział 14- Lust.


Otworzył oczy i to co ujrzał przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Leżał na kanapie w czyimś domu i w pierwszej chwili nie wiedział co się dzieje. Chciał zacząć już się zbierać, jak zawsze miał w zwyczaju po upojnej nocy z przypadkową dziewczyną. Jednak po chwili przypomniał sobie wszystko co działo się wczorajszej nocy; to dlaczego nie znajduje się w hotelu, oraz czemu jest bez koszulki i jakaś dziewczyna przez całą noc leżała na jego klatce piersiowej.
Zrozumiał co i dlaczego się stało. W głowie ciągle kołatała mu się historia Cassie. Na samą myśl, że taka młoda osoba tyle w życiu przeszła i wcale, a wcale nie są to przyjemne rzeczy. Nie mógł pojąć jak to jest żyć ze świadomością, że trzy lata z twojej młodości zostały zabrane przez jeden głupi błąd.
Chodził chwile po pokoju i zastanawiał się jak może jej pomóc w tym wszystkim. Czuł się dziwnie odpowiedzialny za tą małą osóbkę. Chciał zostać jej przyjacielem, może nawet dla bezpieczeństwa weźmie ją w trasę… To byłoby dobre wyjście, gdy wiedział o niej trochę więcej niż to, że przez trzy lata była w śpiączce. Musiałby też przekonać do tego Tomo i Shannona. Z tym drugim byłby problem. Brat miał bardzo profesjonalne podejście do ich zawodu. Uważał, że w trasę nie powinna jeździć żadna kobieta, oprócz Emmy. Nawet Vicky z nimi nie podróżowała, dlatego aby nie rozpraszać zbytnio Toma. To nie było jedyne dziwne zachowanie jego brata. Ostatnio stał się bardziej oschły w stosunku do Jareda, nie wiedzieć czemu trzymał go na dystans. Ciągle powtarzał, że jest już zmęczony tym wszystkim, że ma już dość. Jay bał się, że Shann zrezygnuje z grania w zespole i pewnego dnia po prostu odejdzie. Nie chciał go stracić, przez ich szalony tryb życia brat i gitarzysta zespołu byli jego najlepszymi przyjaciółmi. Czasami miewał różne wizje, w których to budzi się, a obok niego na poduszce leży karteczka zapisana koślawym pismem Shannona. Sięga po nią i może przeczytać, że brat ma go dość, tej całej bieganiny, wywiadów, koncertów i tak dalej…
Czasem nawet on miał chęć rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać na jakąś bezludną wyspę, ale momentalnie przypominał sobie jak ciężko było mu dotrzeć tam, gdzie się teraz znajduje. Nie po to tyle pracował nad sobą i swoimi słabościami, żeby tak łatwo z tego zrezygnować. Jak tylko pomyślał o tym, że tyle nerwów, nieprzespanych nocy i głodówek miałoby pójść na marne, od razu nabierał więcej energii i ochoty do dalszej pracy.
Co do dziewczyny musiał się jeszcze nad tym zastanowić, chęć pomocy tej zagubionej duszyczce kompletnie zajęła jego myśli. Szybko sobie zanotował w głowie, że musi poważnie porozmawiać z bratem i poszedł pomyszkować w kuchni. Zastanawiał się czy dziewczyna ma coś wegańskiego do jedzenia. Nabrał wielkiej ochoty na naleśniki, niestety w lodówce nie było potrzebnych składników.
Poszedł do łazienki i szybko się obmył, jego koszula była jeszcze wilgotna, więc zarzucił kurtkę na nagą klatę i szybko wybiegł do sklepu. Modlił się w duchu, aby nikt go nie rozpoznał, bo nie widziało mu się tłumaczenie Emmie co robił półnagi w angielskim sklepie spożywczym. Na szczęście obeszło się bez paparazzich, chyba nie wiedzieli, że gwiazdy są jeszcze w Londynie. Koncert był dopiero za parę dni, a oni mieli w zwyczaju przyjeżdżać dzień przed nim.
Wrócił szybko do jej domu i z zadowoleniem zauważył, że dziewczyna jeszcze śpi. Było około siódmej rano, więc jej się nie dziwił. Uśmiechnął się pod nosem i zabrał się do przygotowywania śniadania. Nie należał do najlepszych kucharzy, nie mógł równać się z Tomo, ale ciągle próbował nauczyć się gotować najprostszych rzeczy. Raz nawet udało mu się upiec tort dla Shannona na urodziny, ale dziwnym trafem braciszek nie kwapił się do próbowania prezentu Jareda, który zdemotywowany zachowaniem Shanna, poleciał szybko do sklepu po nową gitarę. Akurat na ten prezent Shannon się ucieszył.
Zdeterminowany mężczyzna wrócił do pichcenia smakołyków dla Cassie.  
****
Obudził ją delikatny zapach spalenizny. Tak bardzo chciała go zignorować i powrócić do przyjemnego snu. W swoich marzeniach sennych przypominała sobie wszystkie przyjemne momenty z Jaredem. Oczywiście z tym, o którym śniła przez trzy lata. Rozmowa z jego ,,prawdziwą” wersją bardzo jej pomogła. Pokazała jej, że w rzeczywistości jest kochany i opiekuńczy. Nie tego naczytała się na różnych forach i blogach. Najczęściej pisano, że ten człowiek to gwałciciel, że lubi się zabawić i był już z większością celebrytek w  Hollywood. Zawsze jak czytała plotki takie jak powyższe, zastanawiała się jak to jest naprawdę. Teraz już wiedziała, że wszystkie te informacje są wyssane z palca, a Jared to jedna z najczulszych osób jakie znała. Chyba, że udawał, był przecież aktorem.
Swąd palonego jedzenia coraz bardziej jej przeszkadzał. Nie mogła już zwyczajnie ignorować, więc z  przerażeniem otworzyła oczy. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to to, że spała w salonie. Nie poświęciła temu zbyt wielkiej uwagi i pobiegła szukać źródła zapachu. Przystanęła w drzwiach kuchni i to co tam zastała doprowadzało ją jednocześnie do płaczu i śmiechu.
Ujrzała Jareda dosłownie walczącego z patelnią. Chyba próbował przewrócić jakiś placek, niestety z marnym skutkiem. Zauważyła, że prób musiało być więcej, bo cała kuchnia wyglądała jak pobojowisko. Wszędzie walała się mąka i rozlane mleko. Cieszyła się, że jej mama tego nie widzi, bo z pewnością już rzuciłaby się do sprzątania.
Stała tam wystarczająco długo, aby zobaczyć jak mężczyzna kompletnie sobie nie radzi. Niewiele myśląc, niezauważalnie podeszła do niego i odebrała mu z rąk patelnie. Uśmiechnęła się na widok jak podskoczył ze strachu. Obrócił się w jej stronę i odpowiedział jej takim samym uśmiechem, w którym dostrzegła nieme podziękowania.
- Siadaj, już dość ubrudziłeś mi kuchnie jak na jeden raz.- powiedziała do niego ze śmiechem, a w odpowiedzi on wystawił do niej język.
- Chciałem się jakoś odwdzięczyć za przenocowanie…- tłumaczył się tak, jakby rozmawiał z osobą, która w każdej chwili może go za to skarcić. Stresował się jak na pierwszej randce, co było dość dziwne.
- Ależ dziękuję, za wspaniałe śniadanie, tylko pozwól, że ja się tym zajmę.- odpowiedziała, odwrócona do niego tyłem. Przez to nie widziała, jego spojrzenia, które gdyby tylko mogło wypaliłoby dziurę w jej krótkiej sukience.
****
- Gdzie do cholery jasnej jest ten idiota?!- Shannon chodził dookoła pokoju z telefonem w ręce.- Zawsze pałęta się każdemu pod nogami, a jak jest potrzebny to znika! Kurwa za każdym razem tak jest!
Kolejny raz jego brat pokazał wszystkim jak bardzo w dupie ma ich karierę. Oczywiście, dawał z siebie wszystko jeśli chodziło o zespół, ale czasem odwalało mu bardziej niż powinno. Nie odzywał się od wczorajszego wieczoru. Najpierw Shann myślał, że może Jay położył się wcześniej, po niedawnej głodówce był jeszcze osłabiony.
Martwił się o niego straszliwie, przecież to był jego młodszy braciszek, o którego zobowiązał się dbać. Byli w mieście, którego nie znali tak dobrze. Nie obchodziło go, że był to czterdziesto-trzy letni facet, a do tego światowa gwiazda. Miał prawo zamartwiać się o niego, jakby to był mały, zagubiony chłopczyk.
Zdenerwowany wyszedł ze swojego pokoju i w pośpiechu skierował się do tego zajmowanego przez jego brata. Na szczęście miał zapasowy klucz, jakby coś się miało stać. Wszedł szybko i zastał to, czego się spodziewał. Brak portfela, telefonu i krótki liścik zapisany pismem Jay’a.
-Nie martw się bracie, wychodzę się przejść, może wpadnę do baru. Dzwoń jakbyś coś chciał. Jay.- przeczytał na głos i wszystko zaczęło układać się w jedną całość.
Znając brata spędził upojną noc z jakąś przypadkową laską i wróci niedługo nieźle skacowany. Nie zmieniało to faktu, że dalej był na niego wkurzony. Nawet więcej niż wkurzony. Ale z drugiej strony podziwiał umiejętność brata pozwalającą mu nawiązywać szybkie i intensywne kontaktu. Ostatnio się podobno zmienił, szukał miłości, czy czegoś w tym stylu. Shann zbytnio mu nie wierzył. Rola w filmie otworzyła mu oczy, ale czy naprawdę? Czy może znowu grał na pokaz, po to aby zmylić wszystkich.
Nie wiedział już co ma o tym wszystkim myśleć. Odpuścił pokój brata wciąż myśląc o zaistniałej sytuacji. Sam już od dawna szukał tej ,,jedynej”. Niestety, gdy tylko dowiadywały się co robi na co dzień chciały zawsze wymusić na nim darmowe wejściówki do barów, na różne wydarzenia. Połowie zależało na jego dobrach materialnych, a drugiej na kontaktach. Oczywiście, miał świadomość, że jest przystojnym facetem, ale co z tego jeśli nikt nie chciał go z powodu jego osobowości, charakteru. Miał dość całego tego hollywoodzkiego zakłamania, najlepiej by rzucił to w cholerę, ale za bardzo to kochał. Czuł by się strasznie pusty, gdyby nie mógł co noc spełnić marzenia tysięcy ludzi przychodzących na ich koncert. Jedynie miłość do tego co robi pozwalała mu przetrwać z dnia na dzień.
Już miał się kierować do pokoju, kiedy wpadł na pewien pomysł. Może też wykorzysta szanse jak brat i pójdzie do jakiegoś baru, pobawi się trochę i zapomni o tym co Jay wymyślił. Skierował się do pokoju zajmowanego przez Tomo, wolał mu powiedzieć gdzie idzie, nie chciał się zachowywać jak jego dziecinny młodszy brat.
-Tomo, wychodzę.- oznajmił gitarzyście, wchodząc do jego pokoju bez pukania. Na szczęście zastał go w ubraniu.- Nie wiem kiedy wrócę, może jutro.
- Zamieniasz się w Jay’a Shannon, martwię się…- odparł ze śmiechem przyjaciel.- Tylko nie zrób się taki zniewieściały jak on w tym filmie. Nie zniósłbym widoku ciebie w spódniczce…- Tomo śmiał się już na cały głos, przez co oberwał poduszką.
-Ehh… Tak czy inaczej wychodzę, a ty rób co chcesz, tylko nie zdradzaj Vicky.- odpowiedział mu perkusista i skierował się w stronę drzwi. Za sobą usłyszał jakąś wiązankę niezbyt przyjemnych słów.- Misja wykonana.- zaśmiał się pod nosem i skierował się do wyjścia z hotelu.
Chciał znaleźć jakieś ustronne miejsca w Londynie, wzgórza czy coś podobnego. Miał potrzebę pobycia samemu, a dopiero potem napicia się czegoś.
****
- Smakowało?- zapytała go dziewczyna. Nie odzywali się zbytnio, byli zajęci jedzeniem naleśników przygotowanych przez nią. Nie wiedziała dlaczego go zapytała, przecież zjadał już dziesiątego pod rząd. Przyjemnie jej się patrzyło jak komuś smakowało to co przyrządziła.
- Jeszcze się pytasz? Lepsze niż robi Tomo…- nie miał pojęcia, czy ona w ogóle wie kto to jest, ale nie obchodziło go to w tej chwili. Miał swoje ukochane jedzenie, jeszcze do szczęścia brakowało mu pierogów, ale niestety niewiele osób poza polską potrafi je zrobić.
- No to panie Leto, proszę umyć naczynia.- powiedziała mu z uśmiechem. Jak nabrudził to niech chociaż posprząta, nawet jeśli jest wielką gwiazdą muzyki i filmu.
Jared wstał zrezygnowany, ale szczęśliwy i podszedł do zlewu. Nie lubił wykonywać tej czynności, ale czego się nie robi dla dziewczyny tak wyjątkowej jak ona. Słyszał jak wychodzi z kuchni i zostawia go samego. Zaczął sobie podśpiewywać jedną z jego ulubionych piosenek, które napisał.
- ,,Year zero, another hero
Is anybody alive here across the line?
Buy a new face, start a new race
It doesn't matter, it's all just to save your face
It doesn't matter, it's all just to save you
It doesn't matter, it's all just to save your face
It's all just to save you”
Niezbyt przyjemna czynność minęła mu dość szybko, więc po piętnastu minutach mógł już uznać, że skończył. Wszedł do salonu i zastał dziewczynę stojącą do niego tyłem. Patrzyła w okno, więc nie miał jak zobaczyć wyrazu jej twarzy. Przez jego głowę przeszła jedna, szalona myśl, a magia chwili spowodowała, że chciał ją zrealizować.
Podszedł do niej od tyłu i delikatnie ją objął. Dziewczyna delikatnie napięła mięśnie pod wpływem szoku, ale już za chwilę rozluźniła się. Odwrócił ją do siebie przodem i spojrzał w jej piękne, czarne oczy. Mógłby tak stać godzinami, ale wystarczyło tylko jedno spojrzenie na jej usta, aby poczuł niesamowite pożądanie. Pochylił się nad nią odrobinę i dosłownie wpił się w jej usta. Najpierw powoli, tak jakby muskał delikatny płatek róży. Nie mógł się za bardzo opanować, więc kontynuował coraz to intensywniej. Dziewczyna w stu procentach odpowiadała na jego ruchy i już po chwili namiętnie się całowali.
Jego ręce wędrowały po jej plecach i biodrach. Starał się omijać jej piersi i pośladki, nie chciał, aby pomyślała, że chce się z nią tylko przespać. Ona nie pozostawała mu dłużna. Jej ręka dość szybko znalazła się w jego włosach, następnie na karku.
Była zaskoczona tym co się przed chwilą stało. Nie miała pojęcia, że Jay żywi do niej jakiekolwiek uczucia inne niż litość i ciekawość. Nie chciała, aby całował ją tylko dlatego, że jest mu przykro z powodu tego co przeszła. Nie chciała być traktowana jak pięciolatka.
Bardzo przyjemnie całowało jej się z nim, ale wiedziała, że nie mogą tego robić. Powinni skończyć i o tym zapomnieć, ale ona tak bardzo tego chciała. Potrzebowała poczuć coś więcej niż rozpacz i smutek. Jared był jej jedynym ratunkiem, ale nie była pewna, że on ją chce.
Oderwała się od niego i ze smutkiem spojrzała mu w oczy. Już nie były tak błękitne jak zawsze. Barwą przypominały ciemny ocean, wzburzony wiatrem.
-Jay…- zaczęła niepewnie.
- Nic nie mów, proszę.- przerwał jej szybko. Widział tą rozpacz w jej oczach i nie miał pojęcia czym była spowodowana.- Wiem, że nie powinniśmy, znamy się dwa dni, ale czemu nie możemy spróbować?- spojrzał na nią i mógł przysiąść, że w jej oczach dostrzegł nadzieję. Nadzieję na nowe, lepsze jutro.
****

Mam nadzieję, że się podoba :) 
Trochę się z nim namęczyłam, ale jest :) 
Zapraszam do opinii i komentarzy,
*MarsHugs*

piątek, 7 marca 2014

Rozdział 13- Love.

Spacer minął im bardzo przyjemnie. Szli obok siebie, ramię w ramię rozmawiając. Poruszali w miarę neutralne tematy takie jak ulubiony zespół, film. Cassie prawie nie wygadała się, że bardzo podobało jej się Requiem do snu.
Skończę Doszła do wniosku, że facet z jej snów w realnym świecie jest tak samo interesujący jak w jej marzeniach. Zastanawiało ją tylko jak on tam się znalazł, ale starała się o tym tak nie myśleć, żeby się nie wydać. Bała się, że jak zbyt intensywnie będzie się nad tym rozprawiać to wykona jakiś gest. Było tak wtedy jak z przyzwyczajenia nazwała go Jay. Nie miała pojęcia dlaczego to zrobiła. Wymsknęło jej się. Na szczęście muzyk dobrze to przyjął.
Natomiast nim szarpały sprzeczne emocje. Dziwił się sam sobie, że przystał na propozycje ledwo co poznanej dziewczyny. Nie pierwszy raz takie otrzymywał i nigdy do tej pory się na nie zgadzał. Coś mu się musiało w niej spodobać. Może urzekła go jej uroda, a może to, że nie miała zupełnego pojęcia kim on jest. Rozmawiała z nim jak ze zwykłym facetem, a to właśnie tego tak mu brakowało. Chciał poczuć się jak normalny facet, móc wyjść do baru i upić się porządnie. Jedynie we własnym domu mógł zachowywać się bardziej po ,,ludzku”. Nie kontrolował go żaden wścibski paparazzi, nie zaglądał mu do lodówki. Chodził sobie w samych majtkach nie zważając na to co się dzieje wokół niego. Właśnie to uwielbiał. Oczywiście, jego praca była dla niego spełnieniem największych marzeń. Kochał to co robił tak bardzo, że poświęcał temu nie tylko swój czas, ale także zdrowie. Tylko dzięki temu, że od wielu lat był weganinem trzymał się tak dobrze. Miał czterdzieści dwa lata, a mnóstwo osób mówiło mu, że wygląda na trzydzieści. Przynajmniej tyle. Wiele by oddał, żeby móc powrócić do lat swojej młodości i zacząć zmieniać swoje życie dużo wcześniej. I tak dużo osiągnął, ale chciałby jeszcze więcej.
Rola w jego ostatnim filmie wykończyła go psychicznie i fizycznie, ale mógł przyznać, że jest z siebie dumny. Nigdy wcześniej nie miał wokół siebie tyle szumu medialnego, co tylko pomagało w sprzedaży biletów na koncerty. Od początku przysięgał sobie, że nie zrobi nic tylko dla czystego zysku, ale surowe realia Hollywood dopadły go wcześniej niż myślał. Promowanie tras koncertowych poprzez tysiące udzielanych wywiadów stało się dla niego codziennością. Coraz mniejsze wrażenie robiły na nim wszystkie flesze skierowane w jego stronę. Ciągle czuł tą cudowną ekscytacje zmieszaną z podnieceniem przed koncertem, ale bał się, że niedługo wygaśnie. Bał się tego jak cholera.
Miewał kiedyś sny, z których budził się z krzykiem na ustach. Śnił o kobiecie, która wchodzi do
jego w miarę poukładanego życia i zabiera mu wszystko co kocha. Brata, matkę, fanów i ukochany zespół. Nie był to żaden z tych krwawych koszmarów ociekających przemocą. Ona zwyczajnie odchodziła a za nią wszyscy. Budził się cały spocony i myślał przez resztę nocy. Tak się działo przez równe trzy lata. Parę tygodni temu miał ostatni taki sen. Od tamtego czasu raz w tygodniu śni mu się tajemnicza postać ubrana w maskę średniowiecznego lekarza w czarnym kapturze i szacie. Sen jest na tyle dziwny, że nawet nie chce się z niego obudzić, próbuje podejść do tej postaci, ale ona ucieka i zostawia go z maską w ręku.
Im więcej o tym myślał, tym więcej szczegółów zapominał. Cholerna pamięć. ,,Starzejesz się Dziadzie…” mówił sobie często w głowie.
-Jesteśmy na miejscu. Skromny dom, ale własny.- powiedziała lekko zawstydzona całą sytuacją jak i swoją głupotą Cass. Co ją skłoniło, aby go do siebie zaprosiła? Chciałaś go zgwałcić idiotko? Głos w jej głowie zadawał jej coraz to bardziej napastliwe pytania. Sama nie wiedziała czego chciała. Potrzebowała odrobiny rozrywki, a on wyglądam na rozrywkowego, choć lekko starszego faceta. Mogła to potraktować jako przygodę na jedną noc ale nie chciała. Bała się, że porzuci ją tak jak w jej śnie. Kurde, Cassie nie jesteście razem pohamuj się dziewczyno.
Szybko otworzyła drzwi starając się ukryć drżenie rąk. Stresowała się jakby wpuszczała do swojego domu komornika. To był tylko zwykły mężczyzna, który jest sławny. Zapomnij o tym, że śniłaś o nim przez trzy lata. To ci w niczym nie pomoże.
-Rozgość się, naprzeciwko drzwi masz salon z barkiem. Ja pójdę się trochę odświeżyć do łazienki.- rzuciła krótko i wręcz pobiegła na górę. Cudownie Cassie, teraz na pewno nie zauważy, że się stresujesz. Mogłaś jeszcze szybciej przebierać tymi nóżkami to może pomyślałby, że przed nim uciekasz. Głos w jej głowie szalał z wściekłości.
Na dole został skonsternowany Jared z głową pełną różnorakich myśli. Ściągnął przeciw słoneczne okulary nie chcąc robić z siebie jeszcze większego idioty niż jest. Wszedł powoli do salonu, który był całkiem gustownie umeblowanym pokojem. Ciemna podłoga dobrze współgrała z połączeniem minimalistycznych, czarnych i białych mebli. Z prawej stronu pokoju dostrzegł barek, do którego skierował się od razu.
Ujrzał tam wiele butelek pełnych trunku, którego nie powinien zbyt dużo pić. Był jednym z tych ludzi, którzy po alkoholu nie czuję się za dobrze oraz się tak nie zachowują. Wolał wypić jednego czy dwa drinki jak był zdenerwowany niż obalić całą butelkę samemu. Zdarzyło mu się to tylko jeden jedyny raz po rozstaniu z Cameron. Pił ile wlezie tylko po to, aby zapomnieć. Nie udało mu się to. Każdego dnia wspomniał jej uśmiechniętą twarz. Musi się w końcu od niej wyleczyć, ale nie umie zaufać na tyle nowo poznanym dziewczynom. Może ta będzie inna…
Wpadł na pomysł, żeby odrobinę ją zaskoczyć. Zrobi im drinki, może atmosfera się trochę rozluźni. Zresztą po to go tutaj zaprosiła. W zamian za uratowanie jej życia mógł wypić trochę z jej domowego zapasu alkoholu. Miał nadzieję, że jest pełnoletnia. Idioto przecież wpuścili ją do klubu. Głos w jego głowie przypomniał mu o jego głupocie. Na oko miała niewiele ponad dziewiętnaście lat. Niby pełnoletnia, ale i tak ponad dwa razy młodsza od niego. Gdyby cokolwiek go z nią wiązało zostałby wyzwany od pedofilów, gwałcicieli. Cholernie tego nie chciał.
-Rozgościłeś się?- nagłe pytanie trochę go zaskoczyło. Podskoczył delikatnie upuszczając trzymaną przez niego szklankę. Zawstydził się lekko i spojrzał przepraszającym wzrokiem na dziewczynę.- To nic, nic się nie stało.- uśmiechnęła się do niego lekko i podeszła bliżej.
-Przepraszam za kłopot, może ja już pójdę?- zapytał próbując ukryć rumieniec na twarzy. Obecność Cassie obok działała na niego rozpraszająco. Nie potrafił skupić się na niczym innym niż patrzeniu w jej piękne, czarne oczy. Podobnie czuł się przy Cameron i to przez sytuacje związane z tą osobą czuł się niepewnie. Szukał miłości, ale nie takiej zwalającej z nóg, wchodzącej w duszę i zostawiającej na niej pełno śladów. Chciał mieć tylko kogo kochać na stare lata. Samolubne, proste marzenie, którego jeszcze nie spełnił.
- Zostań… Przez to całe zamieszanie w klubie nie mieliśmy okazji się poznać.- dalej grała w tą swoją zagmatwaną gierkę. Udawała wyluzowaną, chętną kontaktu i pełną optymizmu. W myślach przeklinała siebie po raz tysięczny za swoją wrodzoną głupotę. Może te trzy lata wyrwane z jej życiorysu w tym pomogły. – Usiądź, pójdę do kuchni po jakąś szmatkę, masz całą mokrą koszulę.
****
- Nie chce zejść… - powiedziała z uporem w głosie.
W tym momencie bardzo dziwnie wyglądali. Jakby ktoś nagle wszedł do domu pomyślałby, że są w trakcie czegoś bardzo intymnego. Jared stał na środku salonu i niewyjaśnionym wyrazem twarzy patrzył się w dół, gdzie Cass pomagała mu zetrzeć plamę z koszulki.- Ściągaj to.
- C..co?- zapytał zdezorientowany.
- Jak teraz to ściągniesz to wrzucę to do pralki i powinno się doprać…
- A… Dobrze, to odwróć się.- poprosił ją z cichą nadzieją, że go nie posłucha i jedna z jego fantazji snutych od kiedy  ją poznał się spełni. Niestety, odwróciła się. Przeklął w myślach swoją głupotę i nagłe zawstydzenie. Nigdy nie miał problemów z nagością, nie raz na koncertach był pozbawiany koszulek. Nie był też zakompleksiony, więc ta postawa zaskoczyła jego samego. Pewnie to przez to, że bardziej niż powinien przejmuje się zdaniem dziewczyny. Chciałby pokazać się w jak najlepszym świetle, a zamiast tego świeci przed nią gołą klatą. Nie żeby było coś z nią nie tak, wręcz przeciwnie.
Dziewczyna zabrała od niego koszulę i zaniosła do łazienki. Gdy Jared rozbierał się bardzo kusiło ją, aby nie spojrzeć. Chciała sprawdzić czy pod ubraniem wygląda tak samo jak w jej śnie.
Powinna dać jemu jakąś koszulkę, ale jedyne co miała w domu to ubrania swoje i matki. Jakoś nie wyobraża sobie Jay’a pomykającego po jej salonie w różowej bluzeczce rozmiaru s. Zaśmiała się wyobrażając sobie ten dziwny, zabawny obraz.
Wrzuciła zaplamione ubranie do pralki i wreszcie miała okazje spojrzeć w lustro. Ujrzała w nim dość mocno zarumienioną twarz. Różowe policzki, błyszczące oczy…
-Cholera dziewczyno on ci się podoba…- powiedziała cicho to samej siebie.- Ochłoń, wyjdź do niego i zachowuj się tak, jakbyś wcale nie czytała o nim od dwóch tygodni.
Rzeczywiście ostatnio siedziała na różnorakich forach, stronach i blogach poświęconych facetowi, który siedzi w jej salonie bez koszulki. O ironio… Miliony dziewczyny dałoby się pociąć, żeby tylko zamienić z nim słowo, a ona miała go u siebie w domu i to z nagą klatą.
Przeglądała nawet jedno fanfiction znając życie napisane przez napaloną trzynastolatkę. Opowiadało ono o tym jak bardzo jej idol jest wspaniały. ,,Rozbudowane” dialogi polegały na mówieniu sobie kocham cię co pięć minut, a podczas największej kłótni ,,mam cię dość!”. Płakała ze śmiechu czytając to Alex przez telefon.
-Dobra Cassie pora wrócić do rzeczywistości…- ochlapała sobie twarz zimną wodą i przetarła ręcznikiem.
Była już gotowa, aby wyjść i ujrzeć Jareda bez koszulki. Zawsze może podejść szybko do barku i wypić jednego na odwagę.
****
Wyszła z łazienki i zobaczyła jak Jay włącza radio i szuka jakiejś muzyki. Nie wiedziała czy chciał zrobić nastrój, czy bał się niezręcznej ciszy. Wyobraźnia podpowiadała jej miliony scenariuszy kończących się dobrze, przyjemnie i też takich, o których bała się myśleć. Straszliwie chciała poczuć jak to jest być z nim w prawdziwym życiu, fascynowało ją to. Z drugiej strony bała się zagadać, spróbować wykonać jakikolwiek ruch, aby nie popełnić żadnej gafy. Czuła się przy nim swobodnie, jak ze starym przyjacielem ale też spięta i nerwowa. Świadomość, że jest to facet z jej snu paraliżowała ją jak tylko na niego spoglądała. Mimowolnie traktowała go jak osobę lepszą od siebie. Nie wiedziała nawet czemu.
-O… już jesteś? Mam nadzieję, że nie obrazisz się, ale pomyślałem, że przyda się jakaś muzyka.- uśmiechnął się do niej rozbrajając ją tym kompletnie. Zastanawiała się dlaczego on tak mocno na nią działa. Może przez jego urok osobisty, a może przez ilość alkoholu jaką dzisiaj przyswoiła.
- Oczywiście, że się nie obrażę. Pozwolisz, że w końcu zrobię nam te drinki?- odpowiedziała mu takim samym, zniewalającym uśmiechem. Przynajmniej miała nadzieję, że taki był.
****
-…No i sama rozumiesz, że nie mogłem nic zrobić. Pozostało mi tylko patrzeć jak mój własny brat jest niesiony na rękach przez dość potężną kobietę.- zaśmiewał się Jared. Mieli za sobą już sporo drinków i atmosfera się bardzo rozluźniła. Opowiadał jej liczne historie z trasy, licznych wypraw do różnorakich krajów.
Przez te parę godzin odkryła jego ogromną charyzmę i poczucie humoru. Rozmawiało im się naprawdę świetnie. Mimo dość sporej różnicy wieku znaleźli wspólne tematy takie jak muzyka, czy film.
- To teraz czekam na twoją historię, opowiedz mi coś o sobie.- powiedział nagle Jay. Tego pytania się obawiała.
- No wiesz… Mam dopiero 21 lat, wiele się w moim życiu nie wydarzyło…- skłamała. Już wolała powiedzieć nieprawdę, niż opowiadać o swojej głupocie.
- Oj, Cassie. Na pewno coś masz ciekawego do powiedzenia.- nie poddawał się. Interesowało go to, ponieważ dostrzegał tą niewidzialną barierę pomiędzy nimi. Może ktoś ją w przeszłości skrzywdził, była w toksycznym związku, albo w czymś podobnym. Chciał ją po prostu poznać.
- Ehh… Powiem to tobie tylko dlatego, że zdobyłeś moje zaufanie. Zacznę od tego, że nie pamiętam ostatnich trzech lat mojego życia. Pewnie zapytasz dlaczego. Otóż przez moją nastoletnią głupotę zapadłam w śpiączkę. Jednym słowem chciałam popełnić samobójstwo, ale skończyło się to inaczej niż zakładałam. Nie pamiętam przyczyny tego czynu, wiem tylko tyle, że było to przez chłopaka. Podobno był to mój przyjaciel, w którym zakochałam się bez pamięci. I tak w wieku osiemnastu lat miałam próbę samobójczą zakończoną trzy letnią śpiączką. Obudziłam się z niej parę tygodni temu i jakoś żyję od tamtej pory… Cały czas uczę się siebie na nowo, staram się sobie przypomnieć więcej faktów z mojego dotychczasowego życia, ale chwilami… Nie umiem…- załamał jej się głos, a oczy zaszkliły się od łez. Szybko wciągnęła powietrze, czym ostatecznie udowodniła, że płacze. Cały czas ciężko jej było o tym mówić, a w tej oto chwili otworzyła się przed zupełnie nieznanym jej facetem. Oczywiście, że go znała tylko w jej pokręconym śnie, który wciąż pamiętała ze wszystkimi szczegółami.- Jedyne co pamiętam to sen, który śnił mi się przez całą śpiączkę…
Jared nic nie powiedział. Był w kompletnym szoku. Spodziewał się rzewnej historii jak to zerwał z nią chłopak i płakała przez parę miesięcy, a teraz staje na nogi.  Nie miał pojęcia jak ją może pocieszyć, jakich słów użyć, aby jej nie urazić. Nie chciał również, żeby pomyślała, że go to w ogóle nie obeszło. Wręcz przeciwnie.
Wykonał jeden, prosty gest, który wraził wszystko co poczuł do tej dziewczyny, po tym co powiedziała. Przysunął się odrobinę do niej i mocno ją przytulił. O dziwo nie poczuł żadnego opowu z jej strony.
Chwile potem siedzieli objęci i ona wypłakiwała się w jego nagie ramię. Nie miał pojęcia ile czasu trwają w takiej pozycji. Nie było mu nie wygonie, nie przeszkadzało mu, że jego ręka jest już cała mokra od jej łez.
Pierwszy raz od dawna czuł się, że jest właśnie tam gdzie powinien, że robi to co do niego należy. Zamknął oczy i wtulił się jeszcze mocniej w roztrzęsioną dziewczynę. Po chwili zasnęli w swoich objęciach, jak para kochanków zmęczonych swoją miłością. Tylko, że ich związek miął podłoże czysto emocjonalne. Przynajmniej na razie…


***********
Mam nadzieję, że się podobało :) 
Czekam na opinie i komentarze ;)
*MarsHugs*
P.S. Specjalne podziękowania dla Alex, bez której nie powstałby ten rozdział :D